Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przetwory. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przetwory. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 21 sierpnia 2012

Skąd ta przerwa???

Witajcie!
Długo się zastanawiałam, czy napisać, czy nie... Kilka razy już siadałam do komputera z zamiarem napisania kilku słów, ale jakoś mi nie szło...
Wielu z Was wydaje się pewnie, że wiedziemy tu na wsi cudowne życie... I pod wieloma względami zapewne tak jest- świeże powietrze, obcowanie z przyrodą, spokój- chociaż z tym spokojem to już różnie... Prawda wygląda jednak nie tak różowo. Szczerze mówiąc to mój najgorszy rok w Niemojkach odkąd tu zamieszkałam... I stąd moje rozterki- pisać, czy nie pisać. Nie chciałabym nikogo zamęczać naszymi problemami, a z drugiej strony pisanie dalej w tak lekkim tonie o tylko tej przyjemnej stronie naszego życia jakoś mi nie pasuje... Dlatego chyba wspomnę tylko o naszych problemach-
 Pamiętacie naszego sąsiada od wycinki starych drzew???  Od dwóch lat knuje przeciwko nam- i to skutecznie... Wyciął kolejne wiekowe drzewo- jesiona od zawsze rosnącego na rogu naszego domu, wykarczował też leszczyny rosnące tu od ponad stu lat- te wzdłuż koziego płotu. Postawił nam dwumetrowy mur dzieląc nasz ogród na pół i zagradzając przejście do tej drugiej części (z ogniskiem)- Jego droga dojazdowa prowadzi właśnie przez środek naszej działki. Ale wszystko to to jeszcze nic- zamurował nam część piwnicy! Nie wiem co jeszcze wymyśli, ale mam powody sądzić, że na tym nie koniec, bo w międzyczasie wyszła sprawa jakiś błędnych podziałów domu z przed 30 lat... Ale już rozpisywać się nie będę...
I naszych problemów też na tym nie koniec, bo nasza Babcia Wanda ciężko zachorowała. Mniej więcej w czasie kiedy siostra Olafa wychodziła za mąż, babcia miała udar. I tak to w ciągu chwili nieledwie, z tryskającej zdrowiem staruszki- w pełni samowystarczalnej, zmieniła się w osobę całkowicie zależną od innych. Częściowo sparaliżowana, leży cały czas i wymaga ciągłej opieki. Babcia musi przyjmować leki przeciwbólowe po których nie wie nawet co się z nią dzieje... Może to i lepiej...
 Do całości dodać należałoby jeszcze rodzinne konflikty i obraz całości będzie dopełniony... I w te niemojskie realia wsadźcie teraz sobie dziewczynę w zaawansowanej ciąży, z burzą hormonów i podłym nastrojem i zniechęceniem do wszystkiego (czyli mnie) Nie za fajnie, co???
No, ale żeby nie było, że jest tylko źle! Bywają i fajne chwile!
 Spędziliśmy udane wakacje nam morzem.



 Niedawno były urodziny naszego Witka- skończył trzy lata i wszedł w wiek, w którym pytania "dlaczego", "po co" towarzyszą nam na każdym kroku i nie rzadko wpędzają nas w SZAŁ :-) Na urodziny do Witka przyjechali między innymi dziadkowie, którzy od niedawna znów mieszkają nad morzem (no... prawie...)



Zaraz jak dziadkowie wrócili do swojego nowego domku, przyjechała moja siostra z rodziną. Pamiętacie Piotrusia- mojego niepełnosprawnego siostrzeńca? Ma teraz skończone dwa lata i biega jak szalony!!! Tak, że mieliśmy wesoło! Przez dom to jakby przeszła trąba powietrzna (dwóch takich nicponi potrafi narobić zamieszania :-))



Poza tym letnie miesiące to dla mnie czas natężonej pracy w kuchni. Powstają u nas wtedy niezliczone ilości przetworów na zimę: ogórki kiszone, dżemy, powidła, soki, oleje ziołowe, mrożonki...- i niestety, nie robią się same :-) Na fotorelację zwyczajnie zabrakło mi czasu. Szczerze mówiąc, moja kuchnia po takich pracach nie jest miejscem, które chętnie by się pokazywało na forum... Uwielbiam móc celebrować jakąś czynność... Niestety- przeważnie muszę robić po kilka rzeczy w tym samym czasie: bawię się z Witkiem a w tym samym czasie gotuję obiad, w międzyczasie zabawy i gotowania muszę zrobić sery i zagotować sok, który zapomniany w baniakach zaczął żyć własnym życiem... i tak w kółko...


 Są też nasze zwierzęta, przy których codziennie trzeba chodzić... nakarmić, wydoić, posprzątać... A muszę Wam napisać, że trzódka nam się powiększyła i to znacząco- dokupiliśmy 20 kurek zielononóżek. Nasza jedyna kurza mamka- Mama Koka ma takiego jakiegoś farta, ze spod jej skrzydeł wychodzą same kogutki :-) Więc trzeba było postarać się o odmłodzenie stada!


I tak w wielkim skrócie minął nam lipiec i część sierpnia...  Może teraz, kiedy już przebrnęłam przez tego posta, łatwiej mi będzie pisać następne. A chciałabym się z Wami podzielić wrażeniami ze świetnej imprezy jaką jest organizowany corocznie festiwal Słowian i Wikingów w skansenie słowiańskim na wyspie Wolin. Ja osobiście byłam zachwycona! Ale o tym następnym razem :-)

Pozdrawiam!!!

poniedziałek, 23 lipca 2012

Sezonowe smakołyki :-)

Przeprowadzając się na wieś kilka lat temu poczyniłam pewne postanowienia! Po pierwsze musimy mieć zwierzęta! Pies przytrafił się przypadkiem :-) Jako najmłodszy z miotu Momak nie miał przeżyć... ale ja miałam co do tego zdanie inne niż suka mama i piesek wyżył i jest już z nami 6 lat! Była też tchórzofretka, moje najukochańsze zwierzątko, którego nie ma już z nami niestety... Potem pojawiły się kury, kozy a na końcu- zupełnie niespodziewania nasz Bazyl. Na tym jednak nie koniec! I tym razem to mój oporny mąż namawia mnie do powiększenia naszej trzódki :-) Nie może się jednak Biedak zdecydować, czy wolałby konie, włochate szkockie krowy, świnie wietnamskie, czy nie wiadomo co jeszcze innego :-) Ja jednak skłaniam się bardziej ku osiołkom, a już o stadku gęsi to po prostu marzę!!!

Cóż, myślę, że z pierwszego postanowienia powoli się wywiązujemy... Pozostało jeszcze postanowienie drugie! A konkretnie chodziło mi o to, by w miarę racjonalnie, zdrowo i tradycyjnie się odżywiać! Wynika to być może z tego, że oboje z Olafem nie jemy mięsa, a jak wiadomo w takim przypadku należałoby bardziej uważać na to co się na talerz wkłada :-)  I tak w naszym domu można spotkać się z własnoręcznie pieczonym chlebem na zakwasie, kozimi serami, swojskimi jajami od szczęśliwych kurek :-) i własnymi ekologicznymi warzywkami, nalewkami, winami, zimowymi przetworami... Nie oznacza to jednak, że jesteśmy zupełnie wolni od złych przyzwyczajeń! Ja na przykład nie potrafiłabym się obejść bez CZEKOLADY!!! :-)

Są takie dania bez których nie wyobrażam sobie lata! I tak w czerwcu są to między innymi racuchy z kwiatów czarnego bzu ( jakoś nie zdążyłam ich pokazać...) Danie przepyszne i na prawdę godne polecenia!!! Nie mówiąc już o wszelakich pysznościach z truskawkami!!!
W lipcu natomiast korzystamy z darów lasu... jagody! Kupowane w sklepach borówki amerykańskie nie dostają im do "pięt"!!! Fakt, że trzeba się trochę namęczyć przy zbieraniu... ale warto!


 A jak z jagód to JAGODZIANKI ;-) , pierogi z jagodami i naleśniki z bitą śmietaną i tymiż jagódkami. O wszelakich jogurtach i koktajlach, deserach- nie wspomnę...
Byliśmy z Witkiem na jagodach kilka razy, a z nazbieranych owoców powstało kilkanaście słoików dżemu, kilka pojemników zamrożonych owoców, niezliczona ilość świeżych owoców zjedzonych w przeróżnych wariantach... i ogrom od komarowych bąbli :-) Pycha!!! Mam nadzieję, że uda mi się wyruszyć na jagody jeszcze przynajmniej raz... ale każdy kto ma małe dziecko wie, że to nie jest łatwa sprawa :-)
Ale jagodzianki mu smakowały :-)  zaraz po upieczeniu zjadł 4 jeszcze gorące, popijając je pół litrem koziego mleka! Trzy letnie dziecko... ma apetycik !


**********
Kolejny punkt corocznego programu to tak zwane parzeniaki! Najlepsze z własnego ogródka! Takie smakują najlepiej!!! Dla zainteresowanych podaje przepis na małosolniaki, które zawsze się udają!
Ogórki gruntowe, koper, gałązka czarnej porzeczki, kilka ząbków czosnku, korzeń chrzanu, kilka ziaren gorczycy i na każdy litr wrzącej wody- czubata łyżka soli. Wody tyle, żeby pokrywała wszystkie składniki. Efekt murowany!!! Ja całość przykrywam talerzykiem i dociskam kamieniem. Ważna jest temperatura i jeśli chcemy mieć gotowe ogórki za dwa, trzy dni- to warto w dzień wystawiać je na słońce, na dwór!



*******
A na koniec nasze sztandarowe danie z kurek! Po kurki musimy jeździć do lasu kilkadziesiąt kilometrów... Ale są to tak smaczne grzyby, że warto...
Duszone na masełku ze śmietaną, jako sos do makaronu, to po prostu niebo w gębie!!!



Oj, mogłabym jeszcze wymieniać i wymieniać... Wielu rzeczy chciałabym się jeszcze nauczyć, o wielu pewnie nie mam w ogóle pojęcia... Ale prawda jest taka, że dla rodowitych babeczek ze wsi wszystko co tu pokazuję to "chleb powszedni" a ja się "podniecam" czymś co dla innych to codzienność :-)
Dlatego pozdrawiam dziś wszystkie wspaniałe kobiety- rodowite mieszkanki wsi, które harują na roli od świtu do nocy i jeszcze mają czas na te swojskie specjały!!!

wtorek, 29 maja 2012

Różane pyszności!!!

Pięknie pachną i cudnie smakują...


W tym roku dość wcześnie zaczął się sezon na różane przetwory...  ja od kilku już dni biegam codziennie w pewno tajemnicze miejsce gdzie dziko rosną róże historyczne i codziennie zbieram świeżą partię kwiatów...


Później (co by podtrzymać złudzenie sielskości) siadam z nożyczkami na tarasie i obcinam pachnące płatki do glinianej misy- pamiątki po mojej Babci :-)




Po utarciu płatków z cukrem i wysuszeniu powstaje produkt cudny... Doskonały do deserów truskawkowych, jak  nadzienie do rogalików czy drożdżówek (z truskawek i cukru różanego ) Świetnie też nadaje się do knedli z truskawkami! Po prostu PYCHA!!! Polecam każdemu, kto ma w ogródku krzak pachnącej róży!


niedziela, 11 września 2011

Maliny, pchle targi i straaaszne rozczarowanie...

Wczoraj zostaliśmy bardzo mile obdarowani przez przyjaciół wiadrem malin !
Strasznie się objedliśmy :) a z tego co zostało będą pyszne syropy malinowe na zimę! Ja soki robię chyba w najprostszy możliwy sposób. Moja mama tak robiła, moja babcia tak robiła i pewnie babcia mojej babci też :) Po prostu zasypuję owoce cukrem (duuużo cukru, nie powiem dokładnie ile, bo na oko robię, ale dużo!) I czekam aż puszczą sok. Przecedzam przez gazę i zlewam do butelek. Gotowe! Jak ktoś się boi, że się popsują, to można sok zagotować, ale nie jest wtedy taki zdrowy!.




Już w drugim, czy trzecim  poście pojawia się w tle ocynkowane wiaderko, to z kwiatami... Zdradzę teraz jego historię. Otóż pewnego dnia porządkowałam rupieciarnię w naszej przepastnej stodole, i wygrzebałam dziwny pojemnik z otworami w wieczku... Okazało się, że wiaderko należało do mojego męża i służyło do przetrzymywania ryb...Hmmm, ryb to ja w nim trzymać nie będę, może Witek...kiedyś... Ale zanim te kiedyś nastąpi zaadoptowałam wiaderko do swoich potrzeb, póki co florystycznych :) ...


Pochwalę się teraz troszeczkę... Często bywam w Warszawie- mam tam rodziców, no i chodzę do szkoły. Tak się składa, że w weekendy w kilku miejscach organizowane są targi staroci. O targu na "Kole" pewnie każdy słyszał. Jest tam sporo fajnych rzeczy, głównie meble, a ceny zwalają z nóg (przynajmniej mnie... ) Ale jest jeszcze jedno fajne miejsce- Targ na stadionie "Olimpia" przy Parku Moczydło, na ulicy Górczewskiej. Większą jego część zajmują ciuchy, ale jest wydzielony sektor z klamotami... I tam właśnie uwielbiam szperać ja! W przeciwieństwie do Koła, nie sprzedają tu "zawodowcy", a przeważnie starsi ludzie wyprzedający pamiątki rodzinne, po to by na leki im wystarczyło :( , albo podchmieleni panowie nie bardzo świadomi gdzie są i co tam robią :) Można tam wyszperać dosłownie wszystko... W każdym razie, będąc tam ostatnio, od takiego właśnie Pana niezbyt trzeźwego, za całe 7 złotych kupiłam sobie emaliwaną kankę z poziomkami :) Bardzo byłam z siebie zadowolona, bo targował się pan zaciekle co by mu na chociaż trzy piwka wystarczyło...(Jak nie wybredny, to pewnie wystarczyło :) )




 A co do rozczarowania...
Wybraliśmy się dziś z mężem i Witem do Siedlec na Targi Rolnicze. Byliśmy bardzo podekscytowani, bo miała tam być też wystawa zwierząt hodowlanych- świnie, krowy, drób... ale nie była... :( Ja chyba byłam najbardziej rozczarowana. Jako w zasadzie świeżynka na wsi (mieszkam tu od 5 lat) ciągle jestem przekonana, że wieś bez zwierząt to nie wieś (sama mam przecież dwie kozy i gromadkę kur). Brnęliśmy więc w upale, przepychając się między tysięcznym tłumem przez całą wystawę, a tu nic. Jedna sztuczna krowa i to wszystko :(. Na szczęście Witkowi do szczęścia wystarczyło, że zobaczył koparkę po drodze... i że dostał gałkę lodów waniliowych :)

Niezadowolone miny zwiedzających...
PS. Ciesze się, że jednak ktoś mnie czyta...i że się podoba... Pierwotnie zaczęłam pisać bloga dla siebie i "ku pamięci" bo pamięć moja krótka i zawodna, a pamiętać jednak warto...Jednak blogowanie wciąga i po pewnym czasie pisanie dla siebie już nie wystarcza...
Pozdrawiam wszystkich  moich podczytywaczy :)

czwartek, 28 lipca 2011

Lato zamknięte w słoikach :)

Dziś słów parę o moim trwającym od kilku dni romansie ze słoikami.
A było to tak: Najpierw sialiśmy, podlewaliśmy (wiosną zanosiło się u nas na suszę), pieliliśmy- by cieszyły nasze oczy. W tych pracach dzielnie towarzyszył nam ( mi i mamie Olafa) Witek.
I przyszedł czas, że zaczęły się zbiory... I trzeba było tachać te ciężkie kosze z warzywami 100 metrów pod górę, z uczepioną  do nogi dwuletnią,15 kilową  kulą (często już zmęczoną i marudzącą :) )
Najwięcej było ogórków, cukinii, fasolki szparagowej, kapusty, nie wspominając o marchewce, pietruszce, buraczkach itd... Kopru mam tyle, że stoi nawet w wazonie z innymi kwiatami :)

Ogórki w przeróżnej formie powędrowały do słoików. Cukinię kroję w grubą kostkę i mrożę- doskonale nadaje się jako dodatek do zup i sosów na zimę. Mrożę również wcześniej zblanszowaną fasolkę szparagową, leczo i duszoną kapustę (poszatkowaną kapustę duszę z pomidorami i koperkiem).
Ostatnio natomiast walczyłam z surówkami zimowymi...
Pomagał mi jak zwykle mały bohater... Staram się go angażować we wszystkie moje przedsięwzięcia. Razem gotujemy, razem brukujemy, malujemy, pracujemy w ogrodzie... Kiedy Witek ma jakieś konstruktywne zajęcie, mniej jest szkód w okolicy ... :)



W tym roku, w moim ogródku ziołowym zabrakło niestety tymianku- chyba zeszła zima była dla niego zbyt mroźna :(. Szkoda, bo to jedno z moich ulubionych ziół. Nic tak nie nadaje się do masła ziołowego jak właśnie tymianek! Mam za to potężny "zagon" bazylii, lebiodki, pietruszki i szczypiorku. Gdzieniegdzie można znaleźć tez miętę.
Zioła przeważnie drobno szatkuję i mrożę w pojemnikach. Traktowane w ten sposób bardzo długo zachowują świeżość. Nie suszę ziół, bo jakoś mi się to nie sprawdza- nigdy nie maja takiego aromatu jak mrożone. Robię też oleje i oliwy ziołowe, oraz ziołowe octy.

Pozdrowienia z wciąż błotnistych Niemojek :(