Witajcie!
Długo się zastanawiałam, czy napisać, czy nie... Kilka razy już siadałam do komputera z zamiarem napisania kilku słów, ale jakoś mi nie szło...
Wielu z Was wydaje się pewnie, że wiedziemy tu na wsi cudowne życie... I pod wieloma względami zapewne tak jest- świeże powietrze, obcowanie z przyrodą, spokój- chociaż z tym spokojem to już różnie... Prawda wygląda jednak nie tak różowo. Szczerze mówiąc to mój najgorszy rok w Niemojkach odkąd tu zamieszkałam... I stąd moje rozterki- pisać, czy nie pisać. Nie chciałabym nikogo zamęczać naszymi problemami, a z drugiej strony pisanie dalej w tak lekkim tonie o tylko tej przyjemnej stronie naszego życia jakoś mi nie pasuje... Dlatego chyba wspomnę tylko o naszych problemach-
Pamiętacie naszego sąsiada od wycinki starych drzew??? Od dwóch lat knuje przeciwko nam- i to skutecznie... Wyciął kolejne wiekowe drzewo- jesiona od zawsze rosnącego na rogu naszego domu, wykarczował też leszczyny rosnące tu od ponad stu lat- te wzdłuż koziego płotu. Postawił nam dwumetrowy mur dzieląc nasz ogród na pół i zagradzając przejście do tej drugiej części (z ogniskiem)- Jego droga dojazdowa prowadzi właśnie przez środek naszej działki. Ale wszystko to to jeszcze nic- zamurował nam część piwnicy! Nie wiem co jeszcze wymyśli, ale mam powody sądzić, że na tym nie koniec, bo w międzyczasie wyszła sprawa jakiś błędnych podziałów domu z przed 30 lat... Ale już rozpisywać się nie będę...
I naszych problemów też na tym nie koniec, bo nasza Babcia Wanda ciężko zachorowała. Mniej więcej w czasie kiedy siostra Olafa wychodziła za mąż, babcia miała udar. I tak to w ciągu chwili nieledwie, z tryskającej zdrowiem staruszki- w pełni samowystarczalnej, zmieniła się w osobę całkowicie zależną od innych. Częściowo sparaliżowana, leży cały czas i wymaga ciągłej opieki. Babcia musi przyjmować leki przeciwbólowe po których nie wie nawet co się z nią dzieje... Może to i lepiej...
Do całości dodać należałoby jeszcze rodzinne konflikty i obraz całości będzie dopełniony... I w te niemojskie realia wsadźcie teraz sobie dziewczynę w zaawansowanej ciąży, z burzą hormonów i podłym nastrojem i zniechęceniem do wszystkiego (czyli mnie) Nie za fajnie, co???
No, ale żeby nie było, że jest tylko źle! Bywają i fajne chwile!
Spędziliśmy udane wakacje nam morzem.
Niedawno były urodziny naszego Witka- skończył trzy lata i wszedł w wiek, w którym pytania "dlaczego", "po co" towarzyszą nam na każdym kroku i nie rzadko wpędzają nas w SZAŁ :-) Na urodziny do Witka przyjechali między innymi dziadkowie, którzy od niedawna znów mieszkają nad morzem (no... prawie...)
Zaraz jak dziadkowie wrócili do swojego nowego domku, przyjechała moja siostra z rodziną. Pamiętacie Piotrusia- mojego niepełnosprawnego siostrzeńca? Ma teraz skończone dwa lata i biega jak szalony!!! Tak, że mieliśmy wesoło! Przez dom to jakby przeszła trąba powietrzna (dwóch takich nicponi potrafi narobić zamieszania :-))
Poza tym letnie miesiące to dla mnie czas natężonej pracy w kuchni. Powstają u nas wtedy niezliczone ilości przetworów na zimę: ogórki kiszone, dżemy, powidła, soki, oleje ziołowe, mrożonki...- i niestety, nie robią się same :-) Na fotorelację zwyczajnie zabrakło mi czasu. Szczerze mówiąc, moja kuchnia po takich pracach nie jest miejscem, które chętnie by się pokazywało na forum... Uwielbiam móc celebrować jakąś czynność... Niestety- przeważnie muszę robić po kilka rzeczy w tym samym czasie: bawię się z Witkiem a w tym samym czasie gotuję obiad, w międzyczasie zabawy i gotowania muszę zrobić sery i zagotować sok, który zapomniany w baniakach zaczął żyć własnym życiem... i tak w kółko...
Są też nasze zwierzęta, przy których codziennie trzeba chodzić... nakarmić, wydoić, posprzątać... A muszę Wam napisać, że trzódka nam się powiększyła i to znacząco- dokupiliśmy 20 kurek zielononóżek. Nasza jedyna kurza mamka- Mama Koka ma takiego jakiegoś farta, ze spod jej skrzydeł wychodzą same kogutki :-) Więc trzeba było postarać się o odmłodzenie stada!
I tak w wielkim skrócie minął nam lipiec i część sierpnia... Może teraz, kiedy już przebrnęłam przez tego posta, łatwiej mi będzie pisać następne. A chciałabym się z Wami podzielić wrażeniami ze świetnej imprezy jaką jest organizowany corocznie festiwal Słowian i Wikingów w skansenie słowiańskim na wyspie Wolin. Ja osobiście byłam zachwycona! Ale o tym następnym razem :-)
Pozdrawiam!!!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przetwory. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przetwory. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 21 sierpnia 2012
poniedziałek, 23 lipca 2012
Sezonowe smakołyki :-)
Przeprowadzając się na wieś kilka lat temu poczyniłam pewne postanowienia! Po pierwsze musimy mieć zwierzęta! Pies przytrafił się przypadkiem :-) Jako najmłodszy z miotu Momak nie miał przeżyć... ale ja miałam co do tego zdanie inne niż suka mama i piesek wyżył i jest już z nami 6 lat! Była też tchórzofretka, moje najukochańsze zwierzątko, którego nie ma już z nami niestety... Potem pojawiły się kury, kozy a na końcu- zupełnie niespodziewania nasz Bazyl. Na tym jednak nie koniec! I tym razem to mój oporny mąż namawia mnie do powiększenia naszej trzódki :-) Nie może się jednak Biedak zdecydować, czy wolałby konie, włochate szkockie krowy, świnie wietnamskie, czy nie wiadomo co jeszcze innego :-) Ja jednak skłaniam się bardziej ku osiołkom, a już o stadku gęsi to po prostu marzę!!!
Cóż, myślę, że z pierwszego postanowienia powoli się wywiązujemy... Pozostało jeszcze postanowienie drugie! A konkretnie chodziło mi o to, by w miarę racjonalnie, zdrowo i tradycyjnie się odżywiać! Wynika to być może z tego, że oboje z Olafem nie jemy mięsa, a jak wiadomo w takim przypadku należałoby bardziej uważać na to co się na talerz wkłada :-) I tak w naszym domu można spotkać się z własnoręcznie pieczonym chlebem na zakwasie, kozimi serami, swojskimi jajami od szczęśliwych kurek :-) i własnymi ekologicznymi warzywkami, nalewkami, winami, zimowymi przetworami... Nie oznacza to jednak, że jesteśmy zupełnie wolni od złych przyzwyczajeń! Ja na przykład nie potrafiłabym się obejść bez CZEKOLADY!!! :-)
Są takie dania bez których nie wyobrażam sobie lata! I tak w czerwcu są to między innymi racuchy z kwiatów czarnego bzu ( jakoś nie zdążyłam ich pokazać...) Danie przepyszne i na prawdę godne polecenia!!! Nie mówiąc już o wszelakich pysznościach z truskawkami!!!
W lipcu natomiast korzystamy z darów lasu... jagody! Kupowane w sklepach borówki amerykańskie nie dostają im do "pięt"!!! Fakt, że trzeba się trochę namęczyć przy zbieraniu... ale warto!
A jak z jagód to JAGODZIANKI ;-) , pierogi z jagodami i naleśniki z bitą śmietaną i tymiż jagódkami. O wszelakich jogurtach i koktajlach, deserach- nie wspomnę...
Byliśmy z Witkiem na jagodach kilka razy, a z nazbieranych owoców powstało kilkanaście słoików dżemu, kilka pojemników zamrożonych owoców, niezliczona ilość świeżych owoców zjedzonych w przeróżnych wariantach... i ogrom od komarowych bąbli :-) Pycha!!! Mam nadzieję, że uda mi się wyruszyć na jagody jeszcze przynajmniej raz... ale każdy kto ma małe dziecko wie, że to nie jest łatwa sprawa :-)
Ale jagodzianki mu smakowały :-) zaraz po upieczeniu zjadł 4 jeszcze gorące, popijając je pół litrem koziego mleka! Trzy letnie dziecko... ma apetycik !
Ogórki gruntowe, koper, gałązka czarnej porzeczki, kilka ząbków czosnku, korzeń chrzanu, kilka ziaren gorczycy i na każdy litr wrzącej wody- czubata łyżka soli. Wody tyle, żeby pokrywała wszystkie składniki. Efekt murowany!!! Ja całość przykrywam talerzykiem i dociskam kamieniem. Ważna jest temperatura i jeśli chcemy mieć gotowe ogórki za dwa, trzy dni- to warto w dzień wystawiać je na słońce, na dwór!
Duszone na masełku ze śmietaną, jako sos do makaronu, to po prostu niebo w gębie!!!
Oj, mogłabym jeszcze wymieniać i wymieniać... Wielu rzeczy chciałabym się jeszcze nauczyć, o wielu pewnie nie mam w ogóle pojęcia... Ale prawda jest taka, że dla rodowitych babeczek ze wsi wszystko co tu pokazuję to "chleb powszedni" a ja się "podniecam" czymś co dla innych to codzienność :-)
Dlatego pozdrawiam dziś wszystkie wspaniałe kobiety- rodowite mieszkanki wsi, które harują na roli od świtu do nocy i jeszcze mają czas na te swojskie specjały!!!
Cóż, myślę, że z pierwszego postanowienia powoli się wywiązujemy... Pozostało jeszcze postanowienie drugie! A konkretnie chodziło mi o to, by w miarę racjonalnie, zdrowo i tradycyjnie się odżywiać! Wynika to być może z tego, że oboje z Olafem nie jemy mięsa, a jak wiadomo w takim przypadku należałoby bardziej uważać na to co się na talerz wkłada :-) I tak w naszym domu można spotkać się z własnoręcznie pieczonym chlebem na zakwasie, kozimi serami, swojskimi jajami od szczęśliwych kurek :-) i własnymi ekologicznymi warzywkami, nalewkami, winami, zimowymi przetworami... Nie oznacza to jednak, że jesteśmy zupełnie wolni od złych przyzwyczajeń! Ja na przykład nie potrafiłabym się obejść bez CZEKOLADY!!! :-)
Są takie dania bez których nie wyobrażam sobie lata! I tak w czerwcu są to między innymi racuchy z kwiatów czarnego bzu ( jakoś nie zdążyłam ich pokazać...) Danie przepyszne i na prawdę godne polecenia!!! Nie mówiąc już o wszelakich pysznościach z truskawkami!!!
W lipcu natomiast korzystamy z darów lasu... jagody! Kupowane w sklepach borówki amerykańskie nie dostają im do "pięt"!!! Fakt, że trzeba się trochę namęczyć przy zbieraniu... ale warto!
A jak z jagód to JAGODZIANKI ;-) , pierogi z jagodami i naleśniki z bitą śmietaną i tymiż jagódkami. O wszelakich jogurtach i koktajlach, deserach- nie wspomnę...
Byliśmy z Witkiem na jagodach kilka razy, a z nazbieranych owoców powstało kilkanaście słoików dżemu, kilka pojemników zamrożonych owoców, niezliczona ilość świeżych owoców zjedzonych w przeróżnych wariantach... i ogrom od komarowych bąbli :-) Pycha!!! Mam nadzieję, że uda mi się wyruszyć na jagody jeszcze przynajmniej raz... ale każdy kto ma małe dziecko wie, że to nie jest łatwa sprawa :-)
Ale jagodzianki mu smakowały :-) zaraz po upieczeniu zjadł 4 jeszcze gorące, popijając je pół litrem koziego mleka! Trzy letnie dziecko... ma apetycik !
**********
Kolejny punkt corocznego programu to tak zwane parzeniaki! Najlepsze z własnego ogródka! Takie smakują najlepiej!!! Dla zainteresowanych podaje przepis na małosolniaki, które zawsze się udają!Ogórki gruntowe, koper, gałązka czarnej porzeczki, kilka ząbków czosnku, korzeń chrzanu, kilka ziaren gorczycy i na każdy litr wrzącej wody- czubata łyżka soli. Wody tyle, żeby pokrywała wszystkie składniki. Efekt murowany!!! Ja całość przykrywam talerzykiem i dociskam kamieniem. Ważna jest temperatura i jeśli chcemy mieć gotowe ogórki za dwa, trzy dni- to warto w dzień wystawiać je na słońce, na dwór!
*******
A na koniec nasze sztandarowe danie z kurek! Po kurki musimy jeździć do lasu kilkadziesiąt kilometrów... Ale są to tak smaczne grzyby, że warto...Duszone na masełku ze śmietaną, jako sos do makaronu, to po prostu niebo w gębie!!!
Oj, mogłabym jeszcze wymieniać i wymieniać... Wielu rzeczy chciałabym się jeszcze nauczyć, o wielu pewnie nie mam w ogóle pojęcia... Ale prawda jest taka, że dla rodowitych babeczek ze wsi wszystko co tu pokazuję to "chleb powszedni" a ja się "podniecam" czymś co dla innych to codzienność :-)Dlatego pozdrawiam dziś wszystkie wspaniałe kobiety- rodowite mieszkanki wsi, które harują na roli od świtu do nocy i jeszcze mają czas na te swojskie specjały!!!
wtorek, 29 maja 2012
Różane pyszności!!!
Pięknie pachną i cudnie smakują...
W tym roku dość wcześnie zaczął się sezon na różane przetwory... ja od kilku już dni biegam codziennie w pewno tajemnicze miejsce gdzie dziko rosną róże historyczne i codziennie zbieram świeżą partię kwiatów...
Później (co by podtrzymać złudzenie sielskości) siadam z nożyczkami na tarasie i obcinam pachnące płatki do glinianej misy- pamiątki po mojej Babci :-)
Po utarciu płatków z cukrem i wysuszeniu powstaje produkt cudny... Doskonały do deserów truskawkowych, jak nadzienie do rogalików czy drożdżówek (z truskawek i cukru różanego ) Świetnie też nadaje się do knedli z truskawkami! Po prostu PYCHA!!! Polecam każdemu, kto ma w ogródku krzak pachnącej róży!
niedziela, 11 września 2011
Maliny, pchle targi i straaaszne rozczarowanie...
Wczoraj zostaliśmy bardzo mile obdarowani przez przyjaciół wiadrem malin !
Strasznie się objedliśmy :) a z tego co zostało będą pyszne syropy malinowe na zimę! Ja soki robię chyba w najprostszy możliwy sposób. Moja mama tak robiła, moja babcia tak robiła i pewnie babcia mojej babci też :) Po prostu zasypuję owoce cukrem (duuużo cukru, nie powiem dokładnie ile, bo na oko robię, ale dużo!) I czekam aż puszczą sok. Przecedzam przez gazę i zlewam do butelek. Gotowe! Jak ktoś się boi, że się popsują, to można sok zagotować, ale nie jest wtedy taki zdrowy!.
Już w drugim, czy trzecim poście pojawia się w tle ocynkowane wiaderko, to z kwiatami... Zdradzę teraz jego historię. Otóż pewnego dnia porządkowałam rupieciarnię w naszej przepastnej stodole, i wygrzebałam dziwny pojemnik z otworami w wieczku... Okazało się, że wiaderko należało do mojego męża i służyło do przetrzymywania ryb...Hmmm, ryb to ja w nim trzymać nie będę, może Witek...kiedyś... Ale zanim te kiedyś nastąpi zaadoptowałam wiaderko do swoich potrzeb, póki co florystycznych :) ...
Pochwalę się teraz troszeczkę... Często bywam w Warszawie- mam tam rodziców, no i chodzę do szkoły. Tak się składa, że w weekendy w kilku miejscach organizowane są targi staroci. O targu na "Kole" pewnie każdy słyszał. Jest tam sporo fajnych rzeczy, głównie meble, a ceny zwalają z nóg (przynajmniej mnie... ) Ale jest jeszcze jedno fajne miejsce- Targ na stadionie "Olimpia" przy Parku Moczydło, na ulicy Górczewskiej. Większą jego część zajmują ciuchy, ale jest wydzielony sektor z klamotami... I tam właśnie uwielbiam szperać ja! W przeciwieństwie do Koła, nie sprzedają tu "zawodowcy", a przeważnie starsi ludzie wyprzedający pamiątki rodzinne, po to by na leki im wystarczyło :( , albo podchmieleni panowie nie bardzo świadomi gdzie są i co tam robią :) Można tam wyszperać dosłownie wszystko... W każdym razie, będąc tam ostatnio, od takiego właśnie Pana niezbyt trzeźwego, za całe 7 złotych kupiłam sobie emaliwaną kankę z poziomkami :) Bardzo byłam z siebie zadowolona, bo targował się pan zaciekle co by mu na chociaż trzy piwka wystarczyło...(Jak nie wybredny, to pewnie wystarczyło :) )
A co do rozczarowania...
Wybraliśmy się dziś z mężem i Witem do Siedlec na Targi Rolnicze. Byliśmy bardzo podekscytowani, bo miała tam być też wystawa zwierząt hodowlanych- świnie, krowy, drób... ale nie była... :( Ja chyba byłam najbardziej rozczarowana. Jako w zasadzie świeżynka na wsi (mieszkam tu od 5 lat) ciągle jestem przekonana, że wieś bez zwierząt to nie wieś (sama mam przecież dwie kozy i gromadkę kur). Brnęliśmy więc w upale, przepychając się między tysięcznym tłumem przez całą wystawę, a tu nic. Jedna sztuczna krowa i to wszystko :(. Na szczęście Witkowi do szczęścia wystarczyło, że zobaczył koparkę po drodze... i że dostał gałkę lodów waniliowych :)
PS. Ciesze się, że jednak ktoś mnie czyta...i że się podoba... Pierwotnie zaczęłam pisać bloga dla siebie i "ku pamięci" bo pamięć moja krótka i zawodna, a pamiętać jednak warto...Jednak blogowanie wciąga i po pewnym czasie pisanie dla siebie już nie wystarcza...
Pozdrawiam wszystkich moich podczytywaczy :)
Strasznie się objedliśmy :) a z tego co zostało będą pyszne syropy malinowe na zimę! Ja soki robię chyba w najprostszy możliwy sposób. Moja mama tak robiła, moja babcia tak robiła i pewnie babcia mojej babci też :) Po prostu zasypuję owoce cukrem (duuużo cukru, nie powiem dokładnie ile, bo na oko robię, ale dużo!) I czekam aż puszczą sok. Przecedzam przez gazę i zlewam do butelek. Gotowe! Jak ktoś się boi, że się popsują, to można sok zagotować, ale nie jest wtedy taki zdrowy!.
Już w drugim, czy trzecim poście pojawia się w tle ocynkowane wiaderko, to z kwiatami... Zdradzę teraz jego historię. Otóż pewnego dnia porządkowałam rupieciarnię w naszej przepastnej stodole, i wygrzebałam dziwny pojemnik z otworami w wieczku... Okazało się, że wiaderko należało do mojego męża i służyło do przetrzymywania ryb...Hmmm, ryb to ja w nim trzymać nie będę, może Witek...kiedyś... Ale zanim te kiedyś nastąpi zaadoptowałam wiaderko do swoich potrzeb, póki co florystycznych :) ...
Pochwalę się teraz troszeczkę... Często bywam w Warszawie- mam tam rodziców, no i chodzę do szkoły. Tak się składa, że w weekendy w kilku miejscach organizowane są targi staroci. O targu na "Kole" pewnie każdy słyszał. Jest tam sporo fajnych rzeczy, głównie meble, a ceny zwalają z nóg (przynajmniej mnie... ) Ale jest jeszcze jedno fajne miejsce- Targ na stadionie "Olimpia" przy Parku Moczydło, na ulicy Górczewskiej. Większą jego część zajmują ciuchy, ale jest wydzielony sektor z klamotami... I tam właśnie uwielbiam szperać ja! W przeciwieństwie do Koła, nie sprzedają tu "zawodowcy", a przeważnie starsi ludzie wyprzedający pamiątki rodzinne, po to by na leki im wystarczyło :( , albo podchmieleni panowie nie bardzo świadomi gdzie są i co tam robią :) Można tam wyszperać dosłownie wszystko... W każdym razie, będąc tam ostatnio, od takiego właśnie Pana niezbyt trzeźwego, za całe 7 złotych kupiłam sobie emaliwaną kankę z poziomkami :) Bardzo byłam z siebie zadowolona, bo targował się pan zaciekle co by mu na chociaż trzy piwka wystarczyło...(Jak nie wybredny, to pewnie wystarczyło :) )
A co do rozczarowania...
Wybraliśmy się dziś z mężem i Witem do Siedlec na Targi Rolnicze. Byliśmy bardzo podekscytowani, bo miała tam być też wystawa zwierząt hodowlanych- świnie, krowy, drób... ale nie była... :( Ja chyba byłam najbardziej rozczarowana. Jako w zasadzie świeżynka na wsi (mieszkam tu od 5 lat) ciągle jestem przekonana, że wieś bez zwierząt to nie wieś (sama mam przecież dwie kozy i gromadkę kur). Brnęliśmy więc w upale, przepychając się między tysięcznym tłumem przez całą wystawę, a tu nic. Jedna sztuczna krowa i to wszystko :(. Na szczęście Witkowi do szczęścia wystarczyło, że zobaczył koparkę po drodze... i że dostał gałkę lodów waniliowych :)
![]() |
| Niezadowolone miny zwiedzających... |
Pozdrawiam wszystkich moich podczytywaczy :)
czwartek, 28 lipca 2011
Lato zamknięte w słoikach :)
Dziś słów parę o moim trwającym od kilku dni romansie ze słoikami.
A było to tak: Najpierw sialiśmy, podlewaliśmy (wiosną zanosiło się u nas na suszę), pieliliśmy- by cieszyły nasze oczy. W tych pracach dzielnie towarzyszył nam ( mi i mamie Olafa) Witek.
I przyszedł czas, że zaczęły się zbiory... I trzeba było tachać te ciężkie kosze z warzywami 100 metrów pod górę, z uczepioną do nogi dwuletnią,15 kilową kulą (często już zmęczoną i marudzącą :) )
Najwięcej było ogórków, cukinii, fasolki szparagowej, kapusty, nie wspominając o marchewce, pietruszce, buraczkach itd... Kopru mam tyle, że stoi nawet w wazonie z innymi kwiatami :)
Ogórki w przeróżnej formie powędrowały do słoików. Cukinię kroję w grubą kostkę i mrożę- doskonale nadaje się jako dodatek do zup i sosów na zimę. Mrożę również wcześniej zblanszowaną fasolkę szparagową, leczo i duszoną kapustę (poszatkowaną kapustę duszę z pomidorami i koperkiem).
Ostatnio natomiast walczyłam z surówkami zimowymi...
Pomagał mi jak zwykle mały bohater... Staram się go angażować we wszystkie moje przedsięwzięcia. Razem gotujemy, razem brukujemy, malujemy, pracujemy w ogrodzie... Kiedy Witek ma jakieś konstruktywne zajęcie, mniej jest szkód w okolicy ... :)
W tym roku, w moim ogródku ziołowym zabrakło niestety tymianku- chyba zeszła zima była dla niego zbyt mroźna :(. Szkoda, bo to jedno z moich ulubionych ziół. Nic tak nie nadaje się do masła ziołowego jak właśnie tymianek! Mam za to potężny "zagon" bazylii, lebiodki, pietruszki i szczypiorku. Gdzieniegdzie można znaleźć tez miętę.
Zioła przeważnie drobno szatkuję i mrożę w pojemnikach. Traktowane w ten sposób bardzo długo zachowują świeżość. Nie suszę ziół, bo jakoś mi się to nie sprawdza- nigdy nie maja takiego aromatu jak mrożone. Robię też oleje i oliwy ziołowe, oraz ziołowe octy.
Pozdrowienia z wciąż błotnistych Niemojek :(
A było to tak: Najpierw sialiśmy, podlewaliśmy (wiosną zanosiło się u nas na suszę), pieliliśmy- by cieszyły nasze oczy. W tych pracach dzielnie towarzyszył nam ( mi i mamie Olafa) Witek.
I przyszedł czas, że zaczęły się zbiory... I trzeba było tachać te ciężkie kosze z warzywami 100 metrów pod górę, z uczepioną do nogi dwuletnią,15 kilową kulą (często już zmęczoną i marudzącą :) )
Najwięcej było ogórków, cukinii, fasolki szparagowej, kapusty, nie wspominając o marchewce, pietruszce, buraczkach itd... Kopru mam tyle, że stoi nawet w wazonie z innymi kwiatami :)
Ogórki w przeróżnej formie powędrowały do słoików. Cukinię kroję w grubą kostkę i mrożę- doskonale nadaje się jako dodatek do zup i sosów na zimę. Mrożę również wcześniej zblanszowaną fasolkę szparagową, leczo i duszoną kapustę (poszatkowaną kapustę duszę z pomidorami i koperkiem).
Ostatnio natomiast walczyłam z surówkami zimowymi...
Pomagał mi jak zwykle mały bohater... Staram się go angażować we wszystkie moje przedsięwzięcia. Razem gotujemy, razem brukujemy, malujemy, pracujemy w ogrodzie... Kiedy Witek ma jakieś konstruktywne zajęcie, mniej jest szkód w okolicy ... :)
W tym roku, w moim ogródku ziołowym zabrakło niestety tymianku- chyba zeszła zima była dla niego zbyt mroźna :(. Szkoda, bo to jedno z moich ulubionych ziół. Nic tak nie nadaje się do masła ziołowego jak właśnie tymianek! Mam za to potężny "zagon" bazylii, lebiodki, pietruszki i szczypiorku. Gdzieniegdzie można znaleźć tez miętę.
Zioła przeważnie drobno szatkuję i mrożę w pojemnikach. Traktowane w ten sposób bardzo długo zachowują świeżość. Nie suszę ziół, bo jakoś mi się to nie sprawdza- nigdy nie maja takiego aromatu jak mrożone. Robię też oleje i oliwy ziołowe, oraz ziołowe octy.
Pozdrowienia z wciąż błotnistych Niemojek :(
Subskrybuj:
Posty (Atom)


























