Witajcie!
Długo się zastanawiałam, czy napisać, czy nie... Kilka razy już siadałam do komputera z zamiarem napisania kilku słów, ale jakoś mi nie szło...
Wielu z Was wydaje się pewnie, że wiedziemy tu na wsi cudowne życie... I pod wieloma względami zapewne tak jest- świeże powietrze, obcowanie z przyrodą, spokój- chociaż z tym spokojem to już różnie... Prawda wygląda jednak nie tak różowo. Szczerze mówiąc to mój najgorszy rok w Niemojkach odkąd tu zamieszkałam... I stąd moje rozterki- pisać, czy nie pisać. Nie chciałabym nikogo zamęczać naszymi problemami, a z drugiej strony pisanie dalej w tak lekkim tonie o tylko tej przyjemnej stronie naszego życia jakoś mi nie pasuje... Dlatego chyba wspomnę tylko o naszych problemach-
Pamiętacie naszego sąsiada od wycinki starych drzew??? Od dwóch lat knuje przeciwko nam- i to skutecznie... Wyciął kolejne wiekowe drzewo- jesiona od zawsze rosnącego na rogu naszego domu, wykarczował też leszczyny rosnące tu od ponad stu lat- te wzdłuż koziego płotu. Postawił nam dwumetrowy mur dzieląc nasz ogród na pół i zagradzając przejście do tej drugiej części (z ogniskiem)- Jego droga dojazdowa prowadzi właśnie przez środek naszej działki. Ale wszystko to to jeszcze nic- zamurował nam część piwnicy! Nie wiem co jeszcze wymyśli, ale mam powody sądzić, że na tym nie koniec, bo w międzyczasie wyszła sprawa jakiś błędnych podziałów domu z przed 30 lat... Ale już rozpisywać się nie będę...
I naszych problemów też na tym nie koniec, bo nasza Babcia Wanda ciężko zachorowała. Mniej więcej w czasie kiedy siostra Olafa wychodziła za mąż, babcia miała udar. I tak to w ciągu chwili nieledwie, z tryskającej zdrowiem staruszki- w pełni samowystarczalnej, zmieniła się w osobę całkowicie zależną od innych. Częściowo sparaliżowana, leży cały czas i wymaga ciągłej opieki. Babcia musi przyjmować leki przeciwbólowe po których nie wie nawet co się z nią dzieje... Może to i lepiej...
Do całości dodać należałoby jeszcze rodzinne konflikty i obraz całości będzie dopełniony... I w te niemojskie realia wsadźcie teraz sobie dziewczynę w zaawansowanej ciąży, z burzą hormonów i podłym nastrojem i zniechęceniem do wszystkiego (czyli mnie) Nie za fajnie, co???
No, ale żeby nie było, że jest tylko źle! Bywają i fajne chwile!
Spędziliśmy udane wakacje nam morzem.
Niedawno były urodziny naszego Witka- skończył trzy lata i wszedł w wiek, w którym pytania "dlaczego", "po co" towarzyszą nam na każdym kroku i nie rzadko wpędzają nas w SZAŁ :-) Na urodziny do Witka przyjechali między innymi dziadkowie, którzy od niedawna znów mieszkają nad morzem (no... prawie...)
Zaraz jak dziadkowie wrócili do swojego nowego domku, przyjechała moja siostra z rodziną. Pamiętacie Piotrusia- mojego niepełnosprawnego siostrzeńca? Ma teraz skończone dwa lata i biega jak szalony!!! Tak, że mieliśmy wesoło! Przez dom to jakby przeszła trąba powietrzna (dwóch takich nicponi potrafi narobić zamieszania :-))
Poza tym letnie miesiące to dla mnie czas natężonej pracy w kuchni. Powstają u nas wtedy niezliczone ilości przetworów na zimę: ogórki kiszone, dżemy, powidła, soki, oleje ziołowe, mrożonki...- i niestety, nie robią się same :-) Na fotorelację zwyczajnie zabrakło mi czasu. Szczerze mówiąc, moja kuchnia po takich pracach nie jest miejscem, które chętnie by się pokazywało na forum... Uwielbiam móc celebrować jakąś czynność... Niestety- przeważnie muszę robić po kilka rzeczy w tym samym czasie: bawię się z Witkiem a w tym samym czasie gotuję obiad, w międzyczasie zabawy i gotowania muszę zrobić sery i zagotować sok, który zapomniany w baniakach zaczął żyć własnym życiem... i tak w kółko...
Są też nasze zwierzęta, przy których codziennie trzeba chodzić... nakarmić, wydoić, posprzątać... A muszę Wam napisać, że trzódka nam się powiększyła i to znacząco- dokupiliśmy 20 kurek zielononóżek. Nasza jedyna kurza mamka- Mama Koka ma takiego jakiegoś farta, ze spod jej skrzydeł wychodzą same kogutki :-) Więc trzeba było postarać się o odmłodzenie stada!
I tak w wielkim skrócie minął nam lipiec i część sierpnia... Może teraz, kiedy już przebrnęłam przez tego posta, łatwiej mi będzie pisać następne. A chciałabym się z Wami podzielić wrażeniami ze świetnej imprezy jaką jest organizowany corocznie festiwal Słowian i Wikingów w skansenie słowiańskim na wyspie Wolin. Ja osobiście byłam zachwycona! Ale o tym następnym razem :-)
Pozdrawiam!!!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zwierzęta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zwierzęta. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 21 sierpnia 2012
poniedziałek, 23 lipca 2012
Sezonowe smakołyki :-)
Przeprowadzając się na wieś kilka lat temu poczyniłam pewne postanowienia! Po pierwsze musimy mieć zwierzęta! Pies przytrafił się przypadkiem :-) Jako najmłodszy z miotu Momak nie miał przeżyć... ale ja miałam co do tego zdanie inne niż suka mama i piesek wyżył i jest już z nami 6 lat! Była też tchórzofretka, moje najukochańsze zwierzątko, którego nie ma już z nami niestety... Potem pojawiły się kury, kozy a na końcu- zupełnie niespodziewania nasz Bazyl. Na tym jednak nie koniec! I tym razem to mój oporny mąż namawia mnie do powiększenia naszej trzódki :-) Nie może się jednak Biedak zdecydować, czy wolałby konie, włochate szkockie krowy, świnie wietnamskie, czy nie wiadomo co jeszcze innego :-) Ja jednak skłaniam się bardziej ku osiołkom, a już o stadku gęsi to po prostu marzę!!!
Cóż, myślę, że z pierwszego postanowienia powoli się wywiązujemy... Pozostało jeszcze postanowienie drugie! A konkretnie chodziło mi o to, by w miarę racjonalnie, zdrowo i tradycyjnie się odżywiać! Wynika to być może z tego, że oboje z Olafem nie jemy mięsa, a jak wiadomo w takim przypadku należałoby bardziej uważać na to co się na talerz wkłada :-) I tak w naszym domu można spotkać się z własnoręcznie pieczonym chlebem na zakwasie, kozimi serami, swojskimi jajami od szczęśliwych kurek :-) i własnymi ekologicznymi warzywkami, nalewkami, winami, zimowymi przetworami... Nie oznacza to jednak, że jesteśmy zupełnie wolni od złych przyzwyczajeń! Ja na przykład nie potrafiłabym się obejść bez CZEKOLADY!!! :-)
Są takie dania bez których nie wyobrażam sobie lata! I tak w czerwcu są to między innymi racuchy z kwiatów czarnego bzu ( jakoś nie zdążyłam ich pokazać...) Danie przepyszne i na prawdę godne polecenia!!! Nie mówiąc już o wszelakich pysznościach z truskawkami!!!
W lipcu natomiast korzystamy z darów lasu... jagody! Kupowane w sklepach borówki amerykańskie nie dostają im do "pięt"!!! Fakt, że trzeba się trochę namęczyć przy zbieraniu... ale warto!
A jak z jagód to JAGODZIANKI ;-) , pierogi z jagodami i naleśniki z bitą śmietaną i tymiż jagódkami. O wszelakich jogurtach i koktajlach, deserach- nie wspomnę...
Byliśmy z Witkiem na jagodach kilka razy, a z nazbieranych owoców powstało kilkanaście słoików dżemu, kilka pojemników zamrożonych owoców, niezliczona ilość świeżych owoców zjedzonych w przeróżnych wariantach... i ogrom od komarowych bąbli :-) Pycha!!! Mam nadzieję, że uda mi się wyruszyć na jagody jeszcze przynajmniej raz... ale każdy kto ma małe dziecko wie, że to nie jest łatwa sprawa :-)
Ale jagodzianki mu smakowały :-) zaraz po upieczeniu zjadł 4 jeszcze gorące, popijając je pół litrem koziego mleka! Trzy letnie dziecko... ma apetycik !
Ogórki gruntowe, koper, gałązka czarnej porzeczki, kilka ząbków czosnku, korzeń chrzanu, kilka ziaren gorczycy i na każdy litr wrzącej wody- czubata łyżka soli. Wody tyle, żeby pokrywała wszystkie składniki. Efekt murowany!!! Ja całość przykrywam talerzykiem i dociskam kamieniem. Ważna jest temperatura i jeśli chcemy mieć gotowe ogórki za dwa, trzy dni- to warto w dzień wystawiać je na słońce, na dwór!
Duszone na masełku ze śmietaną, jako sos do makaronu, to po prostu niebo w gębie!!!
Oj, mogłabym jeszcze wymieniać i wymieniać... Wielu rzeczy chciałabym się jeszcze nauczyć, o wielu pewnie nie mam w ogóle pojęcia... Ale prawda jest taka, że dla rodowitych babeczek ze wsi wszystko co tu pokazuję to "chleb powszedni" a ja się "podniecam" czymś co dla innych to codzienność :-)
Dlatego pozdrawiam dziś wszystkie wspaniałe kobiety- rodowite mieszkanki wsi, które harują na roli od świtu do nocy i jeszcze mają czas na te swojskie specjały!!!
Cóż, myślę, że z pierwszego postanowienia powoli się wywiązujemy... Pozostało jeszcze postanowienie drugie! A konkretnie chodziło mi o to, by w miarę racjonalnie, zdrowo i tradycyjnie się odżywiać! Wynika to być może z tego, że oboje z Olafem nie jemy mięsa, a jak wiadomo w takim przypadku należałoby bardziej uważać na to co się na talerz wkłada :-) I tak w naszym domu można spotkać się z własnoręcznie pieczonym chlebem na zakwasie, kozimi serami, swojskimi jajami od szczęśliwych kurek :-) i własnymi ekologicznymi warzywkami, nalewkami, winami, zimowymi przetworami... Nie oznacza to jednak, że jesteśmy zupełnie wolni od złych przyzwyczajeń! Ja na przykład nie potrafiłabym się obejść bez CZEKOLADY!!! :-)
Są takie dania bez których nie wyobrażam sobie lata! I tak w czerwcu są to między innymi racuchy z kwiatów czarnego bzu ( jakoś nie zdążyłam ich pokazać...) Danie przepyszne i na prawdę godne polecenia!!! Nie mówiąc już o wszelakich pysznościach z truskawkami!!!
W lipcu natomiast korzystamy z darów lasu... jagody! Kupowane w sklepach borówki amerykańskie nie dostają im do "pięt"!!! Fakt, że trzeba się trochę namęczyć przy zbieraniu... ale warto!
A jak z jagód to JAGODZIANKI ;-) , pierogi z jagodami i naleśniki z bitą śmietaną i tymiż jagódkami. O wszelakich jogurtach i koktajlach, deserach- nie wspomnę...
Byliśmy z Witkiem na jagodach kilka razy, a z nazbieranych owoców powstało kilkanaście słoików dżemu, kilka pojemników zamrożonych owoców, niezliczona ilość świeżych owoców zjedzonych w przeróżnych wariantach... i ogrom od komarowych bąbli :-) Pycha!!! Mam nadzieję, że uda mi się wyruszyć na jagody jeszcze przynajmniej raz... ale każdy kto ma małe dziecko wie, że to nie jest łatwa sprawa :-)
Ale jagodzianki mu smakowały :-) zaraz po upieczeniu zjadł 4 jeszcze gorące, popijając je pół litrem koziego mleka! Trzy letnie dziecko... ma apetycik !
**********
Kolejny punkt corocznego programu to tak zwane parzeniaki! Najlepsze z własnego ogródka! Takie smakują najlepiej!!! Dla zainteresowanych podaje przepis na małosolniaki, które zawsze się udają!Ogórki gruntowe, koper, gałązka czarnej porzeczki, kilka ząbków czosnku, korzeń chrzanu, kilka ziaren gorczycy i na każdy litr wrzącej wody- czubata łyżka soli. Wody tyle, żeby pokrywała wszystkie składniki. Efekt murowany!!! Ja całość przykrywam talerzykiem i dociskam kamieniem. Ważna jest temperatura i jeśli chcemy mieć gotowe ogórki za dwa, trzy dni- to warto w dzień wystawiać je na słońce, na dwór!
*******
A na koniec nasze sztandarowe danie z kurek! Po kurki musimy jeździć do lasu kilkadziesiąt kilometrów... Ale są to tak smaczne grzyby, że warto...Duszone na masełku ze śmietaną, jako sos do makaronu, to po prostu niebo w gębie!!!
Oj, mogłabym jeszcze wymieniać i wymieniać... Wielu rzeczy chciałabym się jeszcze nauczyć, o wielu pewnie nie mam w ogóle pojęcia... Ale prawda jest taka, że dla rodowitych babeczek ze wsi wszystko co tu pokazuję to "chleb powszedni" a ja się "podniecam" czymś co dla innych to codzienność :-)Dlatego pozdrawiam dziś wszystkie wspaniałe kobiety- rodowite mieszkanki wsi, które harują na roli od świtu do nocy i jeszcze mają czas na te swojskie specjały!!!
wtorek, 6 marca 2012
Budki lęgowe dla ptaków- post ornitologiczny
Dziś kolejny post z cyklu wiosna w ogrodzie :-)
Jako że jesteśmy nierozerwalnie związani z przyrodą - staramy się, w miarę możliwości, żyć w zgodzie z naturą! Całą zimę dokarmialiśmy ptaki, a teraz przyszedł czas by zapewnić im miejsce do założenia lęgów.
Na przedwiośniu należy oczyścić stare budki lęgowe z resztek zeszłorocznych gniazd. Pozostawienie ich na następny sezon jest sporym błędem! W ptasich gniazdach sporo jest ptasich pasożytów. Usuwając resztki gniazd pozbywamy się również tych niechcianych lokatorów :-)
Pamiętam zabawna historyjkę związaną właśnie z czyszczeniem budek...
Pewnej wiosny wreszcie udało mi się namówić mojego męża by pomógł mi w przygotowaniu budek. (Nigdy nie ma czasu, bo bardzo zajęty z niego facet :-)) Chodziliśmy z drabiną od drzewa do drzewa i po kolei czyściliśmy ptasie domki. Niektóre trzeba było zdejmować by usunąć gniazdo, do innych wystarczyło włożyć rękę i wygarnąć resztki... Podeszliśmy właśnie do takiego domku, którego zdejmować nie trzeba...Olaf dzielnie wszedł na drabinę i włożył rękę do budki..., a ja żartem ostrzegłam go, żeby uważał bo coś go może ugryźć :-) Nagle Olaf z krzykiem prawie zleciał z drabiny odrzucając przy tym małe kudłate coś, co wystraszone umknęło w krzaki... Okazało się, że jedna z naszych budek została zamieszkana przez orzesznicę-(gatunek niewielkiego, rudego gryzonia z rodziny popielicowatych mieszkającego w lasach. Żywi się orzechami, jagodami i żołędziami. W Polsce podlega ścisłej ochronie.) Długo się potem śmialiśmy... Dobrze, że malec zleciał na grubą warstwę liści...
| źródło zdjęcia http://forum.przyroda.org/topics51/obserwacje-pilchow-vt10650,105.htm |
Czasem budka musi powisieć sezon pusta, ale ptaki w końcu się przekonują i zakładają w niej gniazdo!
Jeśli ktoś z Was chciałby zrobić własnoręcznie taki domek lęgowy dla ptaków to podaje stronkę, gdzie można znaleźć przykładowe wymiary budek w zależności od tego jakie ptaszki chcemy do siebie zaprosić! http://www.pwg.otop.org.pl/chronic1.php
Subskrybuj:
Posty (Atom)


















