Pokazywanie postów oznaczonych etykietą owoce. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą owoce. Pokaż wszystkie posty

piątek, 28 września 2012

Dekoracja z dyni na szybko


Nawet nie wiem co to za odmiana... Dyńki są malutkie- wielkości sporego grejpfruta. Posiałam je specjalnie z przeznaczeniem na lampiony dla dzieci... Tymczasem powstała taka oto dekoracja :-)

Czas wykonania - 15 minut.
Potrzebne- 3 dynie, ostry nóż, łyżeczka, 3 szklane pojemniki i kwiaty. Nożem odkrawamy czapeczkę, łyżeczką wydrążamy środek. Wstawiamy naczynie z wodą, kwiaty i -gotowe! Proste a jakie ładne !!!




Buziole!!!

czwartek, 27 września 2012

Tradycyjna jesień :-)


 Piękne się przewijają przez wasze blogi aranżacje jesienne! W tym roku króluje znów fiolet... A u mnie tradycyjnie! Nie potrafię sobie bowiem wyobrazić naszej pięknej jesieni bez ognistych żółci i pomarańczy... Bez przeróżnych odcieni czerwieni dojrzałych jabłek, owoców dzikiej róży czy głogu...

Wracając z sadu, pozbierałam kilka niedorośniętych jabłuszek (głównie z chorych drzew), dorzuciłam troszkę owoców dzikiego wina i uwiłam sobie taki ognisty wianek. Za podkład posłużył mi stary wianek z mchu. Ułożyłam go na szklanym naczyniu. Następnie przy pomocy wykałaczek zaczęłam upinać jabłuszka. Brakowała mi zieleni. Aż się prosiło o owocostany bluszczu, których jednak nie miałam... Miałam natomiast sporo przerośniętej pietruchy, której kwiatostany świetnie mi się wpasowały w całą kompozycję!  Efekt- jak widać. Mi się bardzo podoba :-) Ciekawa jestem jak będzie z trwałością...

 

Pochwalę się Wam też moim nowym nabytkiem! Zupełnie nie planowałam zakupu nowego kredensu do kuchni, ale... Kupowałam komodę do sypialni dla naszej dzidzi i okazało się, że pan sprzedający ma też piękny kredens i jest gotów przywieźć mi te meble po bardzo okazyjnej cenie. Długo to ja się nie namyślałam... :-) I mimo, że nie były to meble tanie- to jestem bardzo zadowolona z ich zakupu!!!
Komodę pokażę Wam prze okazji prezentacji kącika dziecięcego w naszej sypialni. To już pewnie niedługo, bo prace idą pełną parą, a i termin się zbliża nieubłaganie...  teraz korzystając z pięknej pogody piorę wszystko co tylko mogę i suszę na jesiennym słonku :-).



Jak widać nie zarzuciłam też tematu wędzenia :-) A moje sery cieszą się coraz większą popularnością! Mój sceptyczny mąż nieraz goni mnie, żebym mu serek uwędziła! A nie chciał jeść z początku... Ostatnio odważyłam się nawet na uwędzenie łososia. Trochę się obawiałam tego tematu... ale wyszedł tak dobrze, że się nawet do zdjęcia nie uchował... Dla zainteresowanych podpowiem, że łososia kupujemy w biedronce, moczymy w solance ( 1 część soli na 5 części wody) przez około 6 godzin, potem rybka sobie obsycha dzień, czy dwa i wędruje razem z serami do beczki :-) No pycha po prostu!!! Zachęcam każdego posiadacza przydomowej wędzarni!!! jedynym minusem całej akcji jest to, że po takim dniu wędzenia sama śmierdzę jak wędzonka i sama nie mogę ze sobą wytrzymać od tego "aromatu"... Ale, to chyba przez tą ciążę :-)



I nasza Bazylia kochana... Jest już z nami od niemalże roku, a dopiero od niedawna odważa się poleżeć przed domem na słoneczku... (tu nasza pierwsza sesja plenerowa). Znikał nam na tydzień, czy dwa nie raz... powodując tym domową żałobę...ale na szczęście zawsze wracał. I dobrze, bo trudno o drugiego tak miłego i bezproblemowego kota! Przez ten rok dosłownie NICZEGO nam w domu nie zniszczył! (Koty zawsze kojażyły mi się z poodrapywanymi i pozaciąganymi obiciami mebli...)
 Nie bardzo się z naszym Momakiem lubią... Ale i tak to ogromny postęp, bo potrafią leżeć 2 metry od siebie z w miarę pokojowym nastawieniem.:-)

Tym optymistycznym akcentem kończę na dziś! Pozdrawiam i całuję wszystkich Zaglądaczy!!!

sobota, 15 września 2012

Drobne przyjemności, moja jesień i co zrobić z dzieckiem kiedy się nudzi...


 Tak żeby chronologicznie było to od przyjemności zacznę... Pojechałam wczoraj z Olafem oddać samochód do serwisu i korzystając z chwili wolnego czasu weszliśmy do jednego z marketów budowlanych... Wchodzimy, a tam wrzośce przecudnej urody... No i jak ich nie kupić?!?
Kupiłam dwa... Sobie w prezencie... Przecież też mi się coś od życia należy, nie??? :-)



Idąc dalej, po kolei, chciałam Wam pokazać troszkę naszego opuszczonego ogrodu... Albo ZAPUSZCZONEGO, jak kto woli...  W tym roku ze względów oczywistych i widocznych gołym okiem (jak ktoś już te oko swoje na mnie skieruje to wie dlaczego :-)) nasz ogród pozostawia sporo do życzenia. Ale czasem wychodzi mu to na dobre. Przykład- Taka oto sobie kępa rudbekii, a wśród nich chwast pospolity- cykoria podróżnik... Patrzcie jaki to zgrany duet...


Dla mnie wrzesień to już zdecydowanie początek jesieni. A że jesień upodobałam sobie najbardziej pośród pór roku, szukam jej oznak w naszej okolicy. I mimo, że aura smutna, pochmurna i deszczowa- to jednak jakieś oznaki przybycia tejże znalazłam...




I w domu wykorzystać te "oznaki" postanowiliśmy... Wyruszyliśmy z Witem na sobotni spacer, uzbrojeni w koszyk i zabraliśmy się za zbieranie skarbów... Kasztany, jabłka, gruszki, owoce róży i wszystko, co nam tylko w łapki wpadło... Wysypaliśmy na stole w kuchni i daliśmy się ponieść radosnej twórczości... Nawet Tata dołączył do naszej pracy i wykreował stwora jakiegoś, bliżej nieokreślonego... Niestety dołączył już po sesji, więc dzieło jego nie zostało uwiecznione :-)
Ponieważ dziecię moje wybitnie do manualnych nie należy (po tacie chyba :-)) jedyne co mu wychodziło bezbłędnie to masowa produkcja jeży z jabłek, przy masowym zużyciu wykałaczek... Jak widać, gdy dziecko ma wybór, to do zabawy wybierze jednak twory bardziej miękkie (jabłka, gruszki, ogórki itd) , z kasztanami radzi sobie znacznie gorzej... Ale, kto powiedział, że ludziki to tylko z kasztanów???
Polecam wszystkim rodzicom!!! Super zabawa i dla dzieci i dla dorosłych!!!




Troszkę mam teraz więcej czasu na blogowanie, prawie codziennie mam Wam coś do pokazania, albo powiedzenia :-) Witek chodzi do przedszkola, ja się z sadu troszkę zwolniłam, ze względów zdrowotnych, to odpoczywam sobie troszkę.
Coś mi się ostatnio ta ciąża we znaki daje... Zostało mi jeszcze około 3 miesięcy, a brzuch mam tak ogromny, że zaczynam się zastanawiać, czy pani doktor tam jakiegoś bliźniaka nie przeoczyła... Jakiś ucisk mam na płuca chyba, bo powietrza mi brakuje i dyszę jak ryba wyciągnięta z wody (nawet, albo szczególnie, gdy na kanapie poleguję...) W dodatku jakaś zaraza mi się na kręgosłup uwzięła i ledwo się ruszyć mogę! Masakra!!! Ale staram się coś działać mimo wszystko i dziś na przykład udało mi się umówić nasza Józefinę na randkę z przystojnym capem z sąsiedniej wsi. Dumna jestem niesłychanie i już się cieszę na przyszłe maluchy! Nie ma nic radośniejszego niż widok młodych, brykających wiosną zwierzaków, które przyszły na świat pod naszą opieką!!! Dziewczyny, które wybrały podobne życie jak ja, wiedzą jaka to satysfakcja!

Pozdrawiam i do następnego napisania!!!

środa, 19 października 2011

Jesień w domu

Od dawna widać u nas jesień przed domem, ale w domu, jak do tej pory, królowało jeszcze lato... a w wazonach panoszyły się ostatnie letnie kwiaty... Aż przyszedł pewnej nocy mróz, i to potężny (-6 st.C) i zniszczył ostatnie kwiaty...


 A bez kwiatów smutno...
Jesienne dekoracje w domu powstały w dosłownie 10 minut. Po produkcji wianków zostało mi trochę mchu, rajskie jabłka zawsze leżą gdzieś w pobliżu... i tak wazony zamieniły się w jesienne świeczniki.


 Poduchy za zdjęcia pochodza z czasów kiedy nie pisałam jeszcze bloga i nie miałam go nawet w planie... Haftu richelieu nauczyła mnie mama jeszcze w dzieciństwie. Wyszywałam i szydełkowałam aż do czasów studenckich. Potem samoistnie jakoś zarzuciłam ten temat. Generalnie to w czasie studiów raczej mało twórcze życie wiodłam... Dopiero gdy zamieszkałam na wsi, przypomniałam sobie to i owo :-)
Długie zimowe wieczory, z dala od cywilizacji, robią swoje...





Widok za oknem jest na szczęście tymczasowy... Tak się składa, że pod oknem od naszej sypialni znajduje się zrzut drewna do kotłowni, więc od czasu do czasu mam taki widok...


A tu nasz nowy członek rodziny! Po komisyjnych oględzinach został postawiony werdykt, że to jednak PAN KOT. Wciąż bezimienny. Tylko Witek nie ma z tym problemu i woła na całe gardło Nam Nam!
Nasz kot wiedzie życie zależne bardzo od pogody. Gdy jest zimno, albo pada- wołami go z domu nie wyciągniesz! Ale gdy słonko i ślicznie- znika na dzień cały, wraca na kolację i znów znika. Jak na kota DZIKIEGO, jest nad wyraz udomowiony. Śpi w łóżku, sika do kuwety i uwielbia pieszczoty. A co najważniejsze- Nie prycha, nie drapie, nie gryzie. Jednym słowem kot idealny :-)


Dziękuję Wam Dziewczyny za miłe słowa i miłego wieczoru w blasku świeć może i z lampką wina życzę!!!

środa, 28 września 2011

Rajskie jabłuszka i jabłuszka w serduszka :)

Chyba już pisałam, że kocham jesień. A ta w tym roku rozpieszcza nas wspaniałą pogodą...Co prawda do pełni szczęścia brakuje mi jednej rzeczy... Nie ma grzybów!!! Jest za sucho! W lesie nawet mech wyschnięty jest na wiór!!! Strasznie nad tym ubolewam, bo uwielbiam jesienne spacery po lesie z koszem...na grzyby... Cóż, nie można mieć/ chcieć wszystkiego :) W każdym razie, pomijając ten drobny szczegół, tegoroczna jesień jest naprawdę cudowna!



Nie mogę się powstrzymać przed fotografowaniem naszych warzyw ( tylko ta wielka dynia jest "dostana"- reszta wyrosła w naszym warzywniku)

Ale, miało być o jabłkach...

Widzicie te jabłka z serduszkami ? Każdy może sobie zrobić takie sam. Pod warunkiem, że ma w ogródku jabłonkę o czerwonych jabłkach. Kiedy jabłka są jeszcze zielone, ale już wyrośnięte, na najładniejszych owocach, po odsłoniętej stronie ( na której pojawi się czerwony rumieniec) naklejamy specjalne naklejki z czarnym wzorem. Miejsce pod czarnym wzorem pozostanie zielone, podczas gdy reszta jabłka wybarwi się na czerwono. Naklejki takie można kupić w sklepach dla sadowników ( ja kupowałam w okolicach Grójca), być może można takie kupić także na allegro. Albo może to być jakakolwiek inna naklejka z nieprzezroczystym wzorem.


Polecam także nalewkę z rajskich jabłuszek... Pychota! U nas w sadzie rajskie jabłka pełnią funkcję zapylaczy- sadzi się je co któreś drzewo, by poprawić owocowanie odmiany właściwej. Można z nich robić nalewki, owoce w syropie cukrowym, wina... Ja co roku zbieram koszyk, chowam w chłodni, a gdy przychodzi czas ubierania choinki- robię z nich korale dla drzewka :) Piękna ozdoba! Ale nie trzeba mieć chłodni, żeby mieć piękne jabłuszka na Święta. Wystarczy zimna, przewiewna komórka :)

 
Dla nas czas zbioru jabłek, to również czas robienia soków przecierowych. Przyznam się, że mi nie zawsze się chce i wolę kupić gotowy...Ale z naszym Cwaniakiem to nie przejdzie... Dziś na przykład zmusił mnie do wyjęcia sokowirówki po tym jak zobaczył miskę marchwi na zupę... Swoją "łamaną" Polszczyzną oznajmił, że robimy sok, i koniec-kropka! Trzeba było zasuwać do sadu po jabłka, gruszki i do roboty!

A ten kosz-tace upolowałam ostatnio "na ciuchach" za całe 6,80 zł. !!! Kupiłam też sporo  fajnych , tildowych materiałów, bo mnie tak jakoś znowu maszyna do szycia przyciąga..., tak że czekajcie na efekty!!!

Pozdrawiam i wspaniałej pogody życzę! 
A grzybiarzom- grzybów :) !!!

niedziela, 11 września 2011

Maliny, pchle targi i straaaszne rozczarowanie...

Wczoraj zostaliśmy bardzo mile obdarowani przez przyjaciół wiadrem malin !
Strasznie się objedliśmy :) a z tego co zostało będą pyszne syropy malinowe na zimę! Ja soki robię chyba w najprostszy możliwy sposób. Moja mama tak robiła, moja babcia tak robiła i pewnie babcia mojej babci też :) Po prostu zasypuję owoce cukrem (duuużo cukru, nie powiem dokładnie ile, bo na oko robię, ale dużo!) I czekam aż puszczą sok. Przecedzam przez gazę i zlewam do butelek. Gotowe! Jak ktoś się boi, że się popsują, to można sok zagotować, ale nie jest wtedy taki zdrowy!.




Już w drugim, czy trzecim  poście pojawia się w tle ocynkowane wiaderko, to z kwiatami... Zdradzę teraz jego historię. Otóż pewnego dnia porządkowałam rupieciarnię w naszej przepastnej stodole, i wygrzebałam dziwny pojemnik z otworami w wieczku... Okazało się, że wiaderko należało do mojego męża i służyło do przetrzymywania ryb...Hmmm, ryb to ja w nim trzymać nie będę, może Witek...kiedyś... Ale zanim te kiedyś nastąpi zaadoptowałam wiaderko do swoich potrzeb, póki co florystycznych :) ...


Pochwalę się teraz troszeczkę... Często bywam w Warszawie- mam tam rodziców, no i chodzę do szkoły. Tak się składa, że w weekendy w kilku miejscach organizowane są targi staroci. O targu na "Kole" pewnie każdy słyszał. Jest tam sporo fajnych rzeczy, głównie meble, a ceny zwalają z nóg (przynajmniej mnie... ) Ale jest jeszcze jedno fajne miejsce- Targ na stadionie "Olimpia" przy Parku Moczydło, na ulicy Górczewskiej. Większą jego część zajmują ciuchy, ale jest wydzielony sektor z klamotami... I tam właśnie uwielbiam szperać ja! W przeciwieństwie do Koła, nie sprzedają tu "zawodowcy", a przeważnie starsi ludzie wyprzedający pamiątki rodzinne, po to by na leki im wystarczyło :( , albo podchmieleni panowie nie bardzo świadomi gdzie są i co tam robią :) Można tam wyszperać dosłownie wszystko... W każdym razie, będąc tam ostatnio, od takiego właśnie Pana niezbyt trzeźwego, za całe 7 złotych kupiłam sobie emaliwaną kankę z poziomkami :) Bardzo byłam z siebie zadowolona, bo targował się pan zaciekle co by mu na chociaż trzy piwka wystarczyło...(Jak nie wybredny, to pewnie wystarczyło :) )




 A co do rozczarowania...
Wybraliśmy się dziś z mężem i Witem do Siedlec na Targi Rolnicze. Byliśmy bardzo podekscytowani, bo miała tam być też wystawa zwierząt hodowlanych- świnie, krowy, drób... ale nie była... :( Ja chyba byłam najbardziej rozczarowana. Jako w zasadzie świeżynka na wsi (mieszkam tu od 5 lat) ciągle jestem przekonana, że wieś bez zwierząt to nie wieś (sama mam przecież dwie kozy i gromadkę kur). Brnęliśmy więc w upale, przepychając się między tysięcznym tłumem przez całą wystawę, a tu nic. Jedna sztuczna krowa i to wszystko :(. Na szczęście Witkowi do szczęścia wystarczyło, że zobaczył koparkę po drodze... i że dostał gałkę lodów waniliowych :)

Niezadowolone miny zwiedzających...
PS. Ciesze się, że jednak ktoś mnie czyta...i że się podoba... Pierwotnie zaczęłam pisać bloga dla siebie i "ku pamięci" bo pamięć moja krótka i zawodna, a pamiętać jednak warto...Jednak blogowanie wciąga i po pewnym czasie pisanie dla siebie już nie wystarcza...
Pozdrawiam wszystkich  moich podczytywaczy :)

środa, 7 września 2011

Zbiory- rozpoczęcie sezonu


Jest to dla nas najbardziej pracowity okres w roku- zbiory.
Przez cały rok doglądamy naszych sadów, aby wydały jak największy plon jesienią. I właśnie teraz zbieramy owoce naszej pracy. Wczoraj obrywaliśmy pierwsze jabłka, dziś gruszki. I tak ma być jeszcze przez przynajmniej półtora miesiąca. Pogada nam dopisuje, nie jest ani zbyt gorąco, ani za zimno, tylko jutro ma podobno padać :(
Ja ze względu na Witka, który jest jeszcze za mały na przedszkole, w zbiorach uczestniczę raczej dorywczo. Od czasu do czasu wpadamy do sadu i trochę zrywamy dopóki mały się nie znudzi. A najbardziej podoba mu się jeżdżenie traktorem i sztaplarką z tatą.
Dzień mamy wypełniony po brzegi!

W tym roku jest po prostu wysyp biedronek. Są to tak wdzięczne stworzonka, że aż zrobiłam im sesję zdjęciową... :)

A to też jedno z ulubionych zajęć Witka- jeżdżenie "tutem" (czyli pociągiem) z jabłkami.
Teraz zacznie się u nas również sezon szarlotkowy, sezon zapiekanki ryżowej z jabłkami, racuchów  i sezon świeżo wyciskanych soków. Jednym słowem w kuchni też sezon jabłkowy :) !!! Mniam!!!
Pozdrawiam !!!