Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wianki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wianki. Pokaż wszystkie posty

piątek, 5 października 2012

Co można zrobić z leśnych skarbów...


 Odebrałam Witka z przedszkola, szybki obiad i do lasu! Tzn ja i Witek do lasu, a tata z wędziskiem nad wodę :-). Zupełnie nie wiem dlaczego, ale moje dziecię czuje wręcz organiczny wstręt do chodzenia po lesie... Gdy tylko wysiedliśmy z samochodu, zaczął wypróbowywać na mnie swoje terrory (czytaj: kontrolowane wybuchy histerii mające na celu zmuszenie mamy do działania będącego na rękę jemu czyli Witkowi). Po kilku takich próbach biedak poddał się i o zgrozo odezwała się w nim natura zbieracza...
Wyrwał mi koszyk i zaczął zbierać zmurszałe, porośnięte mchem patyki... Na moje zdziwione spojrzenie oznajmił: " Mama, zrobis mi z tego hulajnogę!" Bez fałszywej skromności powiem wam, że dużo rzeczy jestem w stanie wymodzić sama, jednak jego wizja wykorzystania leśnego próchna mnie przerosła... Na szczęście porzucił ten pomysł, jak tylko wyszliśmy na leśną piaszczystą drogę... Rzucił patyki, żeby zrobić miejsce w koszyku na...piasek. Do piaskownicy, jak mi zakomunikował... Czy Wasze wyprawy w dzikie ostępy też tak wyglądają???
Cóż, u nas w każdym razie grzybów nie ma- nawet tak zwane psiuchy trudno zobaczyć...  ja jednak rzadko wracam z pustymi rękami, więc i tym razem kosz miałam pełen... badyli wszelakich, mchów i innych skarbów leśnych! Poza grzybami, oczywiście.

mały zbieracz i jego... przyszła hulajnoga...
Psiuchy i inne leśne skarby...
 Wróciwszy z lasu (tym razem to Tata się popisał i wrócił z ogromnym szczupakiem!!!) zabrałam się za przegląd moich zdobyczy. Z jednej z wcześniejszych wypraw przytachałam do domu metalowe kubeczki do zbioru żywicy. Znalazłam je pod sosnami porzucone tam zapewne baaardzo dawno temu i pomyślałam, że może do czegoś mi się przydadzą. Wyciągnęłam je teraz i zmajstrowała sobie takie oto świeczniki!  Żeby całość była bardziej stabilna, kubeczki wypełniłam mokrym piaskiem z piaskownicy mojego dziecka. Do tak przygotowanych kubeczków wstawiłam świeczki w kieliszkach od wódki. (Wódki się u nas nie pije, więc kieliszki mają inne zastosowanie :-)) Całość wymościłam mchem i ozdobiłam owocami dzikiej róży, winobluszczu, kwiatami rozchodnika, a nawet malutkimi czerwonymi cebulkami. Cebulki umocowałam przy pomocy patyczków do szaszłyków (wykałaczki skończyły mi się przy ostatnim wianku...)



 Z tego, co zostało powstał jesienny bukiet w wazie.  ponieważ z zasady nie używam gąbek florystycznych (mało są ekologiczne według mnie) Szukam innych rozwiązań w zastępstwie. Tym razem użyłam również mokrego piasku z piaskownicy :-) Sprawdził się znakomicie!



A z tego co zostało po bukiecie, powstał taki wianek. Z niego to już nic mi nie zostało :-)
Pozdrawiam Was wszystkich serdecznie i mimo braku grzybów zachęcam do spacerów po lesie! Jak widać, zawsze są owocne!!!  buziaki!!!


czwartek, 27 września 2012

Tradycyjna jesień :-)


 Piękne się przewijają przez wasze blogi aranżacje jesienne! W tym roku króluje znów fiolet... A u mnie tradycyjnie! Nie potrafię sobie bowiem wyobrazić naszej pięknej jesieni bez ognistych żółci i pomarańczy... Bez przeróżnych odcieni czerwieni dojrzałych jabłek, owoców dzikiej róży czy głogu...

Wracając z sadu, pozbierałam kilka niedorośniętych jabłuszek (głównie z chorych drzew), dorzuciłam troszkę owoców dzikiego wina i uwiłam sobie taki ognisty wianek. Za podkład posłużył mi stary wianek z mchu. Ułożyłam go na szklanym naczyniu. Następnie przy pomocy wykałaczek zaczęłam upinać jabłuszka. Brakowała mi zieleni. Aż się prosiło o owocostany bluszczu, których jednak nie miałam... Miałam natomiast sporo przerośniętej pietruchy, której kwiatostany świetnie mi się wpasowały w całą kompozycję!  Efekt- jak widać. Mi się bardzo podoba :-) Ciekawa jestem jak będzie z trwałością...

 

Pochwalę się Wam też moim nowym nabytkiem! Zupełnie nie planowałam zakupu nowego kredensu do kuchni, ale... Kupowałam komodę do sypialni dla naszej dzidzi i okazało się, że pan sprzedający ma też piękny kredens i jest gotów przywieźć mi te meble po bardzo okazyjnej cenie. Długo to ja się nie namyślałam... :-) I mimo, że nie były to meble tanie- to jestem bardzo zadowolona z ich zakupu!!!
Komodę pokażę Wam prze okazji prezentacji kącika dziecięcego w naszej sypialni. To już pewnie niedługo, bo prace idą pełną parą, a i termin się zbliża nieubłaganie...  teraz korzystając z pięknej pogody piorę wszystko co tylko mogę i suszę na jesiennym słonku :-).



Jak widać nie zarzuciłam też tematu wędzenia :-) A moje sery cieszą się coraz większą popularnością! Mój sceptyczny mąż nieraz goni mnie, żebym mu serek uwędziła! A nie chciał jeść z początku... Ostatnio odważyłam się nawet na uwędzenie łososia. Trochę się obawiałam tego tematu... ale wyszedł tak dobrze, że się nawet do zdjęcia nie uchował... Dla zainteresowanych podpowiem, że łososia kupujemy w biedronce, moczymy w solance ( 1 część soli na 5 części wody) przez około 6 godzin, potem rybka sobie obsycha dzień, czy dwa i wędruje razem z serami do beczki :-) No pycha po prostu!!! Zachęcam każdego posiadacza przydomowej wędzarni!!! jedynym minusem całej akcji jest to, że po takim dniu wędzenia sama śmierdzę jak wędzonka i sama nie mogę ze sobą wytrzymać od tego "aromatu"... Ale, to chyba przez tą ciążę :-)



I nasza Bazylia kochana... Jest już z nami od niemalże roku, a dopiero od niedawna odważa się poleżeć przed domem na słoneczku... (tu nasza pierwsza sesja plenerowa). Znikał nam na tydzień, czy dwa nie raz... powodując tym domową żałobę...ale na szczęście zawsze wracał. I dobrze, bo trudno o drugiego tak miłego i bezproblemowego kota! Przez ten rok dosłownie NICZEGO nam w domu nie zniszczył! (Koty zawsze kojażyły mi się z poodrapywanymi i pozaciąganymi obiciami mebli...)
 Nie bardzo się z naszym Momakiem lubią... Ale i tak to ogromny postęp, bo potrafią leżeć 2 metry od siebie z w miarę pokojowym nastawieniem.:-)

Tym optymistycznym akcentem kończę na dziś! Pozdrawiam i całuję wszystkich Zaglądaczy!!!

wtorek, 18 września 2012

leniuchuję sobie... :-)




 Korzystając z pięknej pogody postanowiłam wygrzać stare gnaty na słoneczku :-) A coby nie siedzieć bezproduktywnie, narwałam zielska różnej maści i zabrałam się za wicie wianków :-) Na pierwszy ogień poszły rajskie jabłuszka. Powstały z nich dwie zawieszki w kształcie serc, które zawisły na okiennicach naszej koziarni. Zdenerwowałam tym nasze kozy bardzo, bo przepadają one za jabłuszkami, a sięgnąć nie mogą... :-)


Z tego co mi w koszu zostało powstał taki oto dziki wianek uwity na słomianym kole z zeszłego roku. Są w nim chmiel, przekwitnięte ozdobne słoneczniki, owoce winobluszczu,kasztany, zielone szyszki świerkowe i sama nie wiem co jeszcze :-) Jak wyszło, same widzicie... Na razie wianek nie ma jeszcze stałego miejsca, a do zdjęć pozuje na tle naszej prastarej stodoły :-)

To tyle na tę chwilę. Pędzę po mojego synalka, który jest najtrudniejszym przypadkiem w całym przedszkolu i jako jedyne już dziecko, wciąż rozpacza, że go wyrodna matka oddała... Potem czeka mnie drylowanie śliwek i smażenie powideł!
Buziole!!!

wtorek, 6 grudnia 2011

Świąteczny wianek i mikołajkowe skarpety!

Tak, jak obiecałam- dziś kolejna porcja świątecznych gadżetów! Zapraszam!!!

Z nazbieranych olszynowych szyszek zrobiłam świąteczny wieniec. Przydały się też szyszki sosny czarnej przywiezione z wakacji... Dla chętnych na taki wianek mam kilka informacji! Nie jest to lekki temat. Szyszki olszyny są bardzo kruche- szczególnie po wyschnięciu. Dlatego do zrobienia świątecznych dekoracji nie warto zbierać ich z ziemi. Najlepiej poucinać je prosto z drzewa. Ja w tym celu namierzyłam olszynowy zagajnik, gdzie szyszki były w zasięgu mojego sekatora. Takiego wianka lepiej też nie ruszać z raz wybranego miejsca- bo to śmieciuch straszliwy... Wygląda może fajnie, ale nie jest zbyt praktyczny...

Serce uplecione z suchych pędów chmielu. 

A to już nasze świąteczne skarpety! Uszyłam je w tamtym roku zafascynowana świątecznymi wzorami proponowanymi przez twórczynię Tildy.
Niestety nie jestem zbyt precyzyjna...do ideału  bardzo mi daleko... widać to szczególnie po "kaczej dupie" renifera... Ale bałwanek wyszedł niczego sobie...

 Chciałam bardzo serdecznie podziękować wszystkim tym, którzy zamieścili na swoich stronach informacje o moim siostrzeńcu!!! Kochani! Bardzo Wam dziękuję w imieniu swoim i rodziców tego malca!!!
Całuski dla wszystkich!!!

środa, 16 listopada 2011

Bluszcz

Będąc w Warszawie, na jednym za spacerów natknęliśmy się na stertę wyrzuconych pędów bluszczu (ktoś przycinał pnącze wijące się po ogrodzeniu). Nie namyślając się długo, zapakowałam do wózka ile się zmieściło i zabrałam do domu. Z warszawy bluszcz przyjechał do Niemojek i dziś dopiero doczekał się mojej uwagi. Z dłuższych gałązek uwiłam kilka wianków, a z krótszych ułożyłam bluszczowe bukiety . O tej porze roku liściasta zieleń w wazonie to rarytas! ;-)




Jakiś czas temu, zainspirowana Aqratnymi szyldzikami u Pewnej Qrki postanowiłam spróbować swoich sił w tej dziedzinie ozdabiania przedmiotów. Jednak u mnie na pierwszy ogień nie poszły nakrętki od słoików, a stare puszki po kawie. Puszki najpierw, kiedy jeszcze było lato..., wielokrotnie malowałam białą farbą w spreju (do momentu aż przestały być widoczne oryginalne nadruki). Następnie wydrukowałam wybraną grafikę na serwetce i przykleiłam metodą decu do puszki. Kilka razy potraktowałam całość lakierem w spreju. Muszę przyznać, że efekt jest super, wcale nie jest to trudne a robi się dużo szybciej niż tradycyjne decu. Na pewno jeszcze coś ozdobię tą metodą! Wielkie dzięki Qrko za podpowiedzi!




A tu małe zestawienie bluszczowych dekoracji w naszym domku.



Dziękuję bardzo za przemiłe komentarze! Jest mi bardzo miło, że podoba Wam się to co robię. Witam nowych gości i ma nadzieję, że rozgościcie się u mnie na stałe!

piątek, 14 października 2011

Kot, żołędzie i zachody słońca

Witek od dawna marzył o kocie...  Ani ja, ani Olaf nie podchodziliśmy do tematu kota w domu zbyt entuzjastycznie... Mamy dwa psy niekoniecznie przyjaźnie nastawione do innych zwierzów... Mamy też mnóstwo ptaszków, które gniazdują dosłownie po samym domem ( a wiadomo- gdzie KOT, tam nie ma ptaszków). W każdym razie pewnego wieczora, gdy Wito smacznie już spał, przed domem rozległo się przeraźliwe miałczenie... Wyszłam i oczom moim ukazało się rude stworzenie i... się do nas wprowadziło...
 Marzenie Witka się spełniło tym bardziej ,że kot śpi w jego łóżku :-) Bałam się, że Witek jest jeszcze za mały na zwierzaka w domu, że będzie go męczył- ale nie! Lepiej ode mnie pamięta, że Kota trzeba karmić...
 Nasz nowy przyjaciel, którego płci nie jesteśmy pewni z powodu sierści przeogromnej... (na 80 % jest to kotka), prowadzi żywot po części domowy- spanie w pościeli, a po części tułaczy- pojawia się w domu raz dziennie lub rzadziej.
A oto nasz nowy współlokator we własnej osobie, roboczo zwany przez Witka -Nam Nam
Zapewne będzie teraz częstym gościem na tym blogu :-)






Zmieniam już temat, nie po raz ostatni dziś zresztą...
Widziałam takie wianki już na dwóch blogach...Wcześniej widziałam w jakimś magazynie wnętrzarskim... Podobały mi się, ale nie planowałam takiego robić. Przypadek... Pojechałam z Witkiem do lasu, na grzyby...tyle że grzybów nie było.... Było za to mnóstwo żołędzi, bo do dąbrowy zajechaliśmy. A skoro już byliśmy, to z pustymi rękoma wracać jakoś tak nijak...
Nazbieraliśmy pełen, wielgachny kosz czapeczek żołędziowych. W zasadzie to ja zbierałam czapeczki, a Witek wyciągał je z koszyka, odrywał żołędzie, po czym żołędzie wrzucał z powrotem do kosza, a czapeczki fruuu... do tyłu (no bo są BEE przecież ) W końcu jednak kosz był pełen. Nie muszę chyba wspominać jakie miny mieli inni "grzybiarze" mimochodem zaglądający nam do kosza...





I tak powstał ten nieplanowany wianek. Dla zainteresowanych powiem, że aby sobie taki "ukręcić', potrzeba naprawdę wielgachnego kosza czapeczek!  Samo układanie "koła"- tak nazywa takie twory Wito, jest bardzo proste. Cała tajemnica w tym, by najpierw porobić sobie takie małe bukieciki i powiązać je sznurkiem. Dopiero z takich bukietów składamy wianek. Proste jak barszcz!







A na koniec nijakiego jakby nie było dnia, pokazało się na chwilkę słonko, malując na niebie takie obrazy...




Pozdrawiam wszystkich starych i nowych podczytywaczy i bardziej sprzyjającej aury na weekend życzę!

piątek, 30 września 2011

Słomiane koła i rajskie jabłuszka 2 :)

Tak mnie naszło na wianki niespodziewanie...
Wszystko za sprawa znajomych, którzy słomę dla zwierzaków przywieźli i bałaganu troszkę przy tym powstało... Z samego bałaganu wianki by nie powstały, ale zdarzyło się jeszcze, że znalazłam kłąb drutu rzucony za chłodnię, a bałagan i drut to już dobry początek!...
Drut był dobry... dość gruby, a przy tym giętki. Uwiłam sobie z niego kilka kółek i serc na początek...
Jeśli zaś o bałagan słomiany chodzi... wszak słomiane podkłady najlepsze do wianków...
I tak zabraliśmy się z Witkiem, po raz pierwszy zresztą, że robienie słomianych podkładów. Ja wiłam wianki, a Witek potęgował słomiany bałagan. Przednia zabawa!!!
Takie koła robi się dość prosto. Na druciane kółko nawijamy słomę, mocujac ją sznurkiem. Pierwsze okrążenie nie wygląda dobrze... (co widać na 2 pierwszych zdjęciach z prawej), ale jak jeszcze sobie ze sznurkiem poszalejemy i opleciemy to wszystko gęściej- to już nie tak źle. Na koniec obcinamy nożyczkami co tam nam odstaje i nie pasuje i gotowe!
A skoro rajskich jabłek u nas urodzaj, to na nie właśnie padło... I znów wycieczka do sadu po świeży towar...i pleciemy...

 Cały sekret w tym, by całe grona jabłek zbierać- szybciej i duuużo prościej wtedy jest!


Wianki zawisły sobie na drzwiach wejściowych do domu. Co prawda drzwi te nie są używane, ale ozdoba jakaś im się należy :)
Jako, że podkładów słomianych 6 uwiliśmy, wszystko wskazuje na to, że to nie koniec wiankowych wariacji...