Pokazywanie postów oznaczonych etykietą domowe dekoracje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą domowe dekoracje. Pokaż wszystkie posty

piątek, 5 października 2012

Co można zrobić z leśnych skarbów...


 Odebrałam Witka z przedszkola, szybki obiad i do lasu! Tzn ja i Witek do lasu, a tata z wędziskiem nad wodę :-). Zupełnie nie wiem dlaczego, ale moje dziecię czuje wręcz organiczny wstręt do chodzenia po lesie... Gdy tylko wysiedliśmy z samochodu, zaczął wypróbowywać na mnie swoje terrory (czytaj: kontrolowane wybuchy histerii mające na celu zmuszenie mamy do działania będącego na rękę jemu czyli Witkowi). Po kilku takich próbach biedak poddał się i o zgrozo odezwała się w nim natura zbieracza...
Wyrwał mi koszyk i zaczął zbierać zmurszałe, porośnięte mchem patyki... Na moje zdziwione spojrzenie oznajmił: " Mama, zrobis mi z tego hulajnogę!" Bez fałszywej skromności powiem wam, że dużo rzeczy jestem w stanie wymodzić sama, jednak jego wizja wykorzystania leśnego próchna mnie przerosła... Na szczęście porzucił ten pomysł, jak tylko wyszliśmy na leśną piaszczystą drogę... Rzucił patyki, żeby zrobić miejsce w koszyku na...piasek. Do piaskownicy, jak mi zakomunikował... Czy Wasze wyprawy w dzikie ostępy też tak wyglądają???
Cóż, u nas w każdym razie grzybów nie ma- nawet tak zwane psiuchy trudno zobaczyć...  ja jednak rzadko wracam z pustymi rękami, więc i tym razem kosz miałam pełen... badyli wszelakich, mchów i innych skarbów leśnych! Poza grzybami, oczywiście.

mały zbieracz i jego... przyszła hulajnoga...
Psiuchy i inne leśne skarby...
 Wróciwszy z lasu (tym razem to Tata się popisał i wrócił z ogromnym szczupakiem!!!) zabrałam się za przegląd moich zdobyczy. Z jednej z wcześniejszych wypraw przytachałam do domu metalowe kubeczki do zbioru żywicy. Znalazłam je pod sosnami porzucone tam zapewne baaardzo dawno temu i pomyślałam, że może do czegoś mi się przydadzą. Wyciągnęłam je teraz i zmajstrowała sobie takie oto świeczniki!  Żeby całość była bardziej stabilna, kubeczki wypełniłam mokrym piaskiem z piaskownicy mojego dziecka. Do tak przygotowanych kubeczków wstawiłam świeczki w kieliszkach od wódki. (Wódki się u nas nie pije, więc kieliszki mają inne zastosowanie :-)) Całość wymościłam mchem i ozdobiłam owocami dzikiej róży, winobluszczu, kwiatami rozchodnika, a nawet malutkimi czerwonymi cebulkami. Cebulki umocowałam przy pomocy patyczków do szaszłyków (wykałaczki skończyły mi się przy ostatnim wianku...)



 Z tego, co zostało powstał jesienny bukiet w wazie.  ponieważ z zasady nie używam gąbek florystycznych (mało są ekologiczne według mnie) Szukam innych rozwiązań w zastępstwie. Tym razem użyłam również mokrego piasku z piaskownicy :-) Sprawdził się znakomicie!



A z tego co zostało po bukiecie, powstał taki wianek. Z niego to już nic mi nie zostało :-)
Pozdrawiam Was wszystkich serdecznie i mimo braku grzybów zachęcam do spacerów po lesie! Jak widać, zawsze są owocne!!!  buziaki!!!


piątek, 28 września 2012

Dekoracja z dyni na szybko


Nawet nie wiem co to za odmiana... Dyńki są malutkie- wielkości sporego grejpfruta. Posiałam je specjalnie z przeznaczeniem na lampiony dla dzieci... Tymczasem powstała taka oto dekoracja :-)

Czas wykonania - 15 minut.
Potrzebne- 3 dynie, ostry nóż, łyżeczka, 3 szklane pojemniki i kwiaty. Nożem odkrawamy czapeczkę, łyżeczką wydrążamy środek. Wstawiamy naczynie z wodą, kwiaty i -gotowe! Proste a jakie ładne !!!




Buziole!!!

czwartek, 27 września 2012

Tradycyjna jesień :-)


 Piękne się przewijają przez wasze blogi aranżacje jesienne! W tym roku króluje znów fiolet... A u mnie tradycyjnie! Nie potrafię sobie bowiem wyobrazić naszej pięknej jesieni bez ognistych żółci i pomarańczy... Bez przeróżnych odcieni czerwieni dojrzałych jabłek, owoców dzikiej róży czy głogu...

Wracając z sadu, pozbierałam kilka niedorośniętych jabłuszek (głównie z chorych drzew), dorzuciłam troszkę owoców dzikiego wina i uwiłam sobie taki ognisty wianek. Za podkład posłużył mi stary wianek z mchu. Ułożyłam go na szklanym naczyniu. Następnie przy pomocy wykałaczek zaczęłam upinać jabłuszka. Brakowała mi zieleni. Aż się prosiło o owocostany bluszczu, których jednak nie miałam... Miałam natomiast sporo przerośniętej pietruchy, której kwiatostany świetnie mi się wpasowały w całą kompozycję!  Efekt- jak widać. Mi się bardzo podoba :-) Ciekawa jestem jak będzie z trwałością...

 

Pochwalę się Wam też moim nowym nabytkiem! Zupełnie nie planowałam zakupu nowego kredensu do kuchni, ale... Kupowałam komodę do sypialni dla naszej dzidzi i okazało się, że pan sprzedający ma też piękny kredens i jest gotów przywieźć mi te meble po bardzo okazyjnej cenie. Długo to ja się nie namyślałam... :-) I mimo, że nie były to meble tanie- to jestem bardzo zadowolona z ich zakupu!!!
Komodę pokażę Wam prze okazji prezentacji kącika dziecięcego w naszej sypialni. To już pewnie niedługo, bo prace idą pełną parą, a i termin się zbliża nieubłaganie...  teraz korzystając z pięknej pogody piorę wszystko co tylko mogę i suszę na jesiennym słonku :-).



Jak widać nie zarzuciłam też tematu wędzenia :-) A moje sery cieszą się coraz większą popularnością! Mój sceptyczny mąż nieraz goni mnie, żebym mu serek uwędziła! A nie chciał jeść z początku... Ostatnio odważyłam się nawet na uwędzenie łososia. Trochę się obawiałam tego tematu... ale wyszedł tak dobrze, że się nawet do zdjęcia nie uchował... Dla zainteresowanych podpowiem, że łososia kupujemy w biedronce, moczymy w solance ( 1 część soli na 5 części wody) przez około 6 godzin, potem rybka sobie obsycha dzień, czy dwa i wędruje razem z serami do beczki :-) No pycha po prostu!!! Zachęcam każdego posiadacza przydomowej wędzarni!!! jedynym minusem całej akcji jest to, że po takim dniu wędzenia sama śmierdzę jak wędzonka i sama nie mogę ze sobą wytrzymać od tego "aromatu"... Ale, to chyba przez tą ciążę :-)



I nasza Bazylia kochana... Jest już z nami od niemalże roku, a dopiero od niedawna odważa się poleżeć przed domem na słoneczku... (tu nasza pierwsza sesja plenerowa). Znikał nam na tydzień, czy dwa nie raz... powodując tym domową żałobę...ale na szczęście zawsze wracał. I dobrze, bo trudno o drugiego tak miłego i bezproblemowego kota! Przez ten rok dosłownie NICZEGO nam w domu nie zniszczył! (Koty zawsze kojażyły mi się z poodrapywanymi i pozaciąganymi obiciami mebli...)
 Nie bardzo się z naszym Momakiem lubią... Ale i tak to ogromny postęp, bo potrafią leżeć 2 metry od siebie z w miarę pokojowym nastawieniem.:-)

Tym optymistycznym akcentem kończę na dziś! Pozdrawiam i całuję wszystkich Zaglądaczy!!!

piątek, 31 sierpnia 2012

Metamorfozy...


Witajcie!
Jak już niektóre z was zauważyły, czas leci nieubłaganie i czas najwyższy zacząć myśleć gdzie  zakwaterować naszego nowego członka rodziny... Cóż, opornie mi to idzie... Zaczęłam od porządkowania sypialnianej przestrzeni- gdyż właśnie tu, na razie, zamieszka Antek albo Cezary (nie możemy się zdecydować :-)) Jak już wspomniałam- opornie mi to idzie :-) Zaczęłam od mojej "pracowni"- przeglądam szmatki, różne zapomniane skarby i pierdółki, odnajduję jakieś cudeńka i pomysły lęgną się same, a ja, zamiast porządkami- zajmuję się ich realizacją...
Wiadomo- praca twórcza ciekawsza jest od przepędzania tumanów kurzu... I tak oto zamiast miejsca na łóżeczko powstał komplet puszek na przydasie, hi hi hi. Ja kawy nie pijam, ale za to mąż mój namiętnie popija Lavazzę, a ja skrzętnie chomikuję puszki... Nazbierało się  ich kilka i wpadły mi w ręce podczas sprzątania. Przeważnie w takich sytuacjach odstawiałam je gdzieś indziej, ale tym razem postanowiłam wreszcie coś z nimi zrobić. Traf chciał, że właśnie w tym czasie mąż mój poprosił mnie o wyprasowanie kilku koszul na wyjazd... Wyciągnęłam więc moją starą wysłużoną deskę do prasowania i... zrobiło mi się niedobrze... Każdy chyba wie, jak wygląda stara deska do prasowania... oszczędzę Wam widoku mojej, hi hi hi... Nie znoszę prasowania...a ona tym bardziej do tego nie zachęcała! Złapałam kawałek materiału w grochy kilkoma ruchami sprawnie zmieniłam ubranie mojej desce! Polecam każdemu- od razu chętniej się prasuje!!! Potrzebne materiały to: stara deska, materiał, pistolet na zszywki i 10 minut czasu! Z resztek materiału powstały ubranka na puszki. Potrzebne materiały to: dokładnie przycięty kawałek materiału, taśma dwustronnie klejąca, jakieś tasiemki, koronki- pełna dowolność! i pistolet na klej. Puszki okleiłam najpierw taśmą, do taśmy przykleiłam materiał, klejem na gorąco przyczepiłam koronkę, kokardki z tasiemki i gotowe! Czas realizacji 4 puszek- jakieś 30 minut włączając w to walkę z Witkiem o pistolet :-)
Przy okazji pokazuję nowe stare lustro wygrzebane w piwnicy... Nie jestem pewna, ale chyba zrobił je brat mojej Teściowej. Szkoda było wyrzucać- ciekawy kształt- pomyślałam, ze pasowałoby do mojej romantycznej sypialni... Pasuje, tylko toaletkę trzeba przemalować... Może jeszcze zdążę... Może jakieś dekory do lustra przyczepię... Ech, pomysłów 1000, a czasu nie ma... Olaf się śmieje ze mnie, że u mnie każdy przedmiot ma przynajmniej 4 życia zanim uznam, że jest nieprzydatny :-)




W poniedziałek Witek idzie do przedszkola. Wszyscy mnie straszą, że będzie chorował itd... Mam nadzieję, że jakoś tak bez problemowo nam się to uda... Trochę się obawiam pierwszych dni... Nie wiem czy nie będę musiałam w tym przedszkolu z nim razem być :-) Jak myślicie co jest lepsze dla dziecka jak płacze i nie chce zostać w przedszkolu sam- zostawać z nim, czy go zostawić i uciec?!? jesteśmy z Witkiem bardzo zżyci- nie ma tu innych dzieci więc mały ciągle z mamą albo z babcią. Między innymi dlatego zdecydowałam się na przedszkole- niech ma dzieciak trochę kontaktu z rówieśnikami! No i mi przyda się trochę spokoju zanim urodzi się następny :-). A urodzi się pod koniec listopada. W ogóle to w naszym życiu szykują się poważne zmiany... Że drugie dziecko to wiecie, ale oprócz tego coraz poważniej zaczynamy myśleć z Olafem o budowie domu. Pytanie tylko gdzie- czy budować się w Niemojkach, czy szukać działki zupełnie gdzie indziej. Jeszcze nie zdecydowaliśmy. Pewne jest jednak, że w tej kwestii coś się u nas zmieni...

Pozdrawiamy Was serdecznie! Dziękuję, za wszystkie komentarze, maile, za wszystkie Wasze miłe słowa! Za życzenia zdrowia dla Babci i słowa otuchy w sprawie sąsiada...Dziękuję!
 Buziaki!!!

sobota, 10 marca 2012

Przyleciały ptaszki...

Rozleciały się ptaszki po naszym domu...
Jeden przysiadł w serduszku...
Potem przysiadł na lustrze...
...by  stamtąd polecieć do klatki...
 

 Ptaszki nie są może idealne, bo nie miałam wykroju. I jak się sama przekonałam, taki prosty z pozoru ptaszek, nie jest wcale łatwy w uszyciu... A kupno książki z wykrojem, żeby uszyć jednego czy dwa ptaszki jakoś do mnie nie przemawia...

Dla tych, którzy podobnie jak ja chcą mieć ptaszka, a nie chcą wydawać pieniędzy- wstawiam zeskanowany mój niedoskonały wykrój :-)


Pozdrawiam "starych", a witam "nowych" moich gości!  Bardzo mi miło, że tu jesteście!!!

Do zobaczenia!!!

środa, 29 lutego 2012

Kobiece zajęcia, kocie sprawy, kolejni uciekinierzy i prezenty od serca :-)

Dziś miało być z innej beczki, i będzie :-)
Dla tych z Was, którym znudziło się już nasze "piwniczenie", ule, pszczoły i inne robactwo- dziś robótki bardziej pasujące :-) do kobiety!


Oglądałam kilka dni temu 'Dumę i uprzedzenie". Uwielbiam ten film, książkę i wszystkie pozostałe powieści Jane Austen. Nie potrafię zliczyć ile razy to czytałam i oglądałam :-) I jak za każdym razem- naszło mnie na haftowanie :-) Tym razem powstała bardzo romantyczna podusia, która nie bardzo mi co prawda pasuje do wnętrza, ale zawsze chciałam taką mieć- i mam! Tymczasem zamieszkała w sypialni, ale nie jestem pewna na jak długo... Marzą mi się wałki do kompletu, które pewnie niedługo powstaną :-)


Ponieważ nasz kot jasno się już zdeklarował, że z nami zostanie :-) (Znika co prawda na dzień, czy dwa, ale zawsze wraca...) nadszedł czas, by dostał swoje własne, osobiste posłanie!
Do tego celu posłużyła nam stara sadownicza skrzynka na jabłka. Było przy tym trochę pracy, bo skrzynka brudna była okropnie i nie heblowana... Najpierw więc mycie, szlifowanie i chyba za 4 czy 5 warstw farby... Oj długo to trwało... i jeszcze nie skończyłam...ale już dziś Wam pokażę!

Nowy Właściciel na razie z rezerwą podchodzi do nowego mieszkania... (woli spać w moim łóżku :-))


Ale jak kota nie ma... to myszy harcują :-)




Kocia poducha powstała w jeden wieczór.  Wzór ściągnęłam chyba z jakiejś stronki z grafikami... Jest dość popularny, ale w wersji haftowanej jeszcze nie widziałam :-)



Tak w ogóle to muszę Wam powiedzieć, że nasze zwierzaki powariowały w tym roku... Najpierw zaczął Bazyl...  Zniknął z domu na ponad tydzień, ale wrócił...  Potem poszli Momak ze Smerfem... Smerfa nie ma już dobry tydzień i raczej nie mamy już nadziei, że wróci...Smerf to mały kundelek z dużym temperamentem. Zawsze zachowywał się tak, jakby nie zdawał sobie sprawy ze swego niewielkiego rozmiaru... Nasz Momak mniej lub bardziej tolerował jego zachowanie, ale obawiam się, że z innymi psami nie miał tyle szczęścia :-(
Wszystko zaczęło się od tego, że przywędrowały do nas jakieś obce suki ... Bardzo szybko wyciągnęły z domu Chłopaków. Teraz niepokoję się o Momaka... Co prawda ma już 5 lat, ale na suki nigdy nie latał ... To zawsze był taki maminsynek by :-) Nie lubił obcych i nawet jako szczeniak nie dał się nikomu pogłaskać tylko ja mogłam i najbliższa rodzina... To mój pierwszy pies i nie ukrywam, że trochę go rozpaskudziłam... Pochodził z niespodziewanego miotu starej suki moich teściów. Jako najmniejszy został przez sukę odtrącony  i bez mojej pomocy miał marne szanse na przeżycie. Podtykałam go Sabie do karmienia co chwilę i już niedługo był najgrubszym szczeniakiem :-) Nawiązała się miedzy nami szczególna więź i został już ze mną. A teraz uciekł... To do niego nie podobne bo zawsze wracał choć na chwilkę sprawdzić czy dom jeszcze stoi i czy wszystko jest ok. Mam nadzieję, że wróci... ale Olaf powoli mnie przygotowuje do najgorszego... Ludzie na wsi są okrutni! Zwierząt nie szanują, a pies zajmuje u nich w hierarchii jedno z ostatnich miejsc... Wiele razy próbowali mnie przekonać, że marnuję psa, bo nie trzymam go na łańcuchu...
Każdy na wsi ma wiatrówkę... a wiele psów chodzi z przestrzelonymi nogami...
I tylko Bazyl się cieszy, że konkurencja zniknęła...
No nic, może przedwcześnie się martwię, jak w przypadku Bazyla...



Pochwalę się jeszcze jakie cudne serducho dostałam od Maciejki! Pięknie mi się wpasowało do sypialni i tworzy fajny komplecik z moim starym drewnianym sercem!
Pięknie Ci dziękuję Kochana!!! Sprawiłaś mi ogromną radość! A przepiękna  zakładka jest już w użyciu!

Chciałam też powitać mojego pierwszego oficjalnego obserwatora płci przeciwnej! Witam Cię serdecznie Grzegorzu! Jest mi niezmiernie miło, że nie tylko kobietki znajdują tu coś interesującego dla siebie!
Wszystkie Kobietki również bardzo serdecznie witam!!! Nie spodziewałam się, że tylu osobom spodobają się moje "wypociny" :-)
Buziaki!!!

poniedziałek, 13 lutego 2012

Świeczniki

 
Skończyłam świeczniki! I bardzo jestem z efektu zadowolona!!! Co prawda mój MĄŻ NIE LUBIĄCY ZMIAN, był zdania, że po co cokolwiek z nimi robić? Przecież są dobre takie jakie są... Ale ja już miałam plan...
Uwierzycie, że jak zobaczyłam je w sklepie, to początkowo wzięłam tylko dwa?!? Po kilku godzinach spędzonych na zakupach byłam już pewna, że popełniłam błąd... O dziwo małżonek mój nie sprzeciwiał się, kiedy zaproponowałam żeby wrócić do sklepu po świeczniki. Weszłam pełna obaw, czy czasem ktoś już ich nie złapał... Na szczęście mało jest amatorów na takie dodatki... Tym razem bez zastanowienia chwyciłam za pozostałe i pognałam do kasy! Wyobraźcie sobie że kosztowały niecałe 10 zł za sztukę!!! Tym oto sposobem stałam się szczęśliwą posiadaczką pięknych drewnianych świeczników, sztuk pięć!


Dwa wieczory spędziłam rozsiewając po całym salonie pył drewniany połączony z metalowymi opiłkami wełny stalowej...( Pył nadal u nas gości, bo przecież świeczniki czekają... a pył może jeszcze trochę poleżeć...)


Po oszlifowaniu, świeczniki potraktowałam białą farbą akrylową stosując metodę suchego pędzla. Pierwszy raz malowałam tą techniką i byłam baaardzo zaskoczona jak SUCHY musi faktycznie być pędzel! Blondynką co prawda nie jestem, ale jakoś wcześniej nie wpadłam na to, że przecież nazwa metody skądś się wzięła... :-)
Efekt taki, jak na zdjęciach.  Bardzo się ciesze, że wróciłam po pozostałe świeczniki, bo długo bym sobie wyrzucała moją powściągliwość w zakupach...



 Ciekawa jestem, czy Wam się spodobają???

Dobrego tygodnia !!!

sobota, 11 lutego 2012

Znów na biało :-)


Jako, ze nastrój zasadniczo mi się poprawił, po powrocie mojego kota marnotrawnego :-) Pokażę Wam dziś półkę, która dumnie zawisła w salonie. I mimo, że zdecydowana większość mebli w tym pomieszczeniu jest ciemnobrązowa, półka została pomalowana na biało i delikatnie przetarta na krawędziach.  Sama byłam zaskoczona, jak dobrze wygląda w towarzystwie pozostałych mebli :-)  Zdecydowanie rozjaśnia ten wiecznie ciemny kąt! Zarówno półkę, jak i meble w sypialni pomalowałam farbą do drewna Tikkurila Semi mat.

Przy okazji chciałam Wam bardzo podziękować za wszystkie słowa otuchy w sprawie zniknięcia Bazyla! Nie miałam wcześniej kocura i nie znałam ich zwyczajów... Teraz wiem, że takie włóczenie się to normalka :-) Bazyl wrócił po tygodniu, głodny jak wilk, wychudzony i brudny tak okrutnie, że chyba go wykąpię :-) Najadł się i znów planuje wyjście, ale dziś już go nie wypuszczę... Niech trochę z nami posiedzi zanim znów pójdzie w tango :-)


Wybraliśmy się z Olafem do Siedlec kilka dni temu. Jest tam jeden sklep z używanymi meblami holenderskimi, który bardzo lubię odwiedzać. Oprócz mebli można tam znaleźć mnóstwo fajnych drobiazgów do domu! Tym razem miałam szczęście - trafiliśmy na dostawę towaru! Oprócz całego zestawu najróżniejszych doniczek (z których najdroższa kosztowała 3 zł...) upolowałam piękne drewniane świeczniki!!! Dwa z nich już oszlifowałam i mam zamiar delikatnie je pobielić. Niektóre trochę przerobię bo trzy z nich są takie same.
Niedługo podzielę się efektami :-)

Tymczasem żegnam się już z Wami na dziś! 
Cudownej niedzieli Kochani!!!

czwartek, 9 lutego 2012

Pomalowane i wielka strata...



Nareszcie! Meble w sypialni pomalowane i znów na swoim miejscu! Wydawałoby się, że pomalowanie dwóch mebli to nic wielkiego, ale nic bardziej mylnego! Tego, jaki bałagan powstał przy okazji tego przedsięwzięcia- nie da się opisać! I nawet nie będę próbowała :-)
Na szczęście nie musimy już spać na podłodze, a ubrania wróciły na swoje półki. Przy okazji zrobiłam generalne porządki w naszych garderobach :-)
Nie robiłam jakiegoś drastycznego przemeblowania, swoje miejsce zmienił tylko kufer, w którym trzymamy wszystko to, co nie mieści się gdzie indziej i czego szkoda nam wyrzucić... Mamy takie kufry dwa, oba wypełnione po brzegi, i oba całkowicie niezbędne!


A tak wygląda nasza szafa po przeróbkach: Oprócz tego, że zmieniła kolor, dostała też coś na kształt koronki- zwieńczenia. Trzymamy na szafie zapasowe blaty od stołu i nie wyglądało to najlepiej. Zawsze rzucał się w oczy bałagan... Teraz bałagan został ukryty za zwieńczeniem i całość wygląda dużo lepiej!
Podobne zwieńczenie dostało łóżko i całość tworzy teraz ładny komplet! (Tu pokazywałam jak wyglądała nasza sypialnia "przed")

 

Oczywiście to nie koniec zmian! Planuję jeszcze wymienić szafki nocne i dokupić komodę, zmienić kolor na ścianach... Kiedy? Sama nie wiem... Na razie całość i tak nie wygląda źle. Zresztą- urządzać można się całe życie... Gdyby tak zrobić wszystko od razu, jaką człowiek miałby satysfakcję?

Jakoś nie idzie mi dziś pisanie... Całą radochę z ukończenia sypialni odbiera mi świadomość, że nasz Bazyli zniknął... Nie ma go już piątą dobę i martwię się, że już nie żyje. Za wcześnie na marcowe miłostki i trochę za duże były mrozy... Zresztą on zawsze wracał wieczorem i spał w ciepłym domku... Mam też wyrzuty sumienia, że za bardzo go upasłam... Jeśli trafił na lisy (które kręcą się ostatnio po okolicy) to pewnie nie dał rady im uciec... Nawet nie zdawałam sobie sprawy, że tak bardzo się do niego przywiązałam... Teraz ciągle zerkam na okno... może wróci... I Witek coraz częściej pyta gdzie jego kotek... Dziś się nawet popłakał... Szkoda mi okropnie. Nie wierzę, że wróci, ale mam nadzieję...
 Nie planowaliśmy mieć kota, ale przyszedł i został z nami. Teraz go nie ma... Mam nadzieję, że może poszedł sobie gdzieś dalej i znalazł nowy dom, do nas przecież też przyszedł skądś... Może to taka kocurza natura tak się włóczyć ?!? No nic... co ma być to będzie...

Chciałam Wam podziękować za wszystkie Wasze miłe słowa, które u mnie zostawiacie! Witam też moich nowych obserwatorów! Cieszę się że jesteście! Buziaki!
Jak mi żałośc przejdzie to pokażę Wam moje nowe zdobycze i przeróbki w salonie!
Pozdrawiam!!!