Codziennie około południa wyruszam z Antkiem na rutynowy spacer jedną z najmniej ciekawych w okolicy tras... Już wyjaśniam dlaczego... Antek nauczony jest spania na dworze. Wsadzam go w wózek i idziemy na spacer, a on w końcu odpada...
Z tym, że im jest starszy, tym więcej rzeczy go rozprasza i tym trudniej go do snu ukołysać :-) Dlatego wybieram trasę najmniej ciekawą, bez traktorów, przypadkowo spotkanych rolników, krów czy dzikich jabłek, gruszek, śliwek (skubaniec doskonale pamięta na którym drzewie wisi coś jadalnego i żegnaj śnie...zaczyna się konsumpcja...) A spać musi, bo jak nie śpi, to masakraaa...
Czasem z takiego nudnego spaceru wracam z jakimś chabaziem. Tym razem wróciłam z gałęzią pełną małych, dziobatych i pokrytych parchem jabłuszek (ku wielkiemu oburzeniu mojego męża -sadownika wsadziłam moją zdobycz do "wazonu" :-)
Tadam!
Kiedy indziej ze spaceru wróciłam z pełnym wózkiem kukurydzy... Antek mnie zmusił- niechaj będzie to wersja oficjalna :-) hi hi
Kukurydza zawisła w ogrodzie na leszczynowej pergoli i tak sobie powisi, aż znajdzie się jakiś wygłodniały ptasior i się poczęstuje :-) I fajnie wygląda :-)
Cały warzywnik wygląda już bardzo jesiennie, głównie z racji tego, że z jednej strony otaczają go kasztanowce, całkiem już brązowe o tej porze roku. Szrotówek kasztanowcowiaczek miał w tym roku dobry sezon, czego nie można powiedzieć o kasztanowcach...
Na pergoli wisi też fasola i cudnie wygląda.
Zdjęcia w ogrodzie robiłam o wpół do siódmej rano. Moje pociechy jeszcze spały, a ja byłam przeszczęśliwa z tej krótkiej chwilki tylko dla siebie :-)
A tak dla potomnych- budowlańcy i budowa :-)